Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohole. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

Nalewka z malin



Pada i pada i końca nie widać... :-( A jak pomyślę, że jutro jadę na tygodniowe szkolenie (a właściwie tygodniowy zjazd w ramach rocznego kursu kwalifikacyjnego) to po prostu odbiera mi wszystkie siły i wszelką energię... Ostatni tydzień wakacji, powinnam szykować dziecko do przedszkola, spędzać z nim ostatnie chwile wakacji, a tu ktoś sobie wymyślił termin zdobywania wiedzy... masakra... no i efekt jest taki, że wszystko co związane z przedszkolem załatwiałam w tym tygodniu, a moja córcia znów będzie musiała spędzić tydzień w dyżurującym przedszkolu... tzn. mój mąż będzie ją tam codziennie zaprowadzał, ale tak czy inaczej, jej wakacje już właśnie się skończyły... pociechą jest to, że w wieku 4 lat chęć uczęszczania do przedszkola jest jeszcze ogromna, przynajmniej w przypadku mojego dziecka. Niemniej nienajlepsze doświadczenia z dyżurującym przedszkolem z początku wakacji budzą we mnie raczej negatywne emocje... :-( No i jeszcze to, że nigdy nie rozstawałam się z nią na tak długo! wyjeżdżał na 2 czy 3 dni, ale nie na tydzień :-( Jak jaj bez niej wytrzymam tak długo? 
Natomiast wracając do nagłego spadku temperatury na dworze  i ochłodzenia moje myśli koncentrują się wokół nalewki malinowej :-) ta w tej wersji jest mocna, rozgrzewająca i szczerze mówiąc jest idealna przy wszelkich zaziębieniach ;-)


SKŁADNIKI

1 kg malin

3/4 kg cukru

1 l spirytusu




Maliny i cukier przesypujemy warstwami w dużym słoju, zakrywamy go gazą i odstawiamy na 4 - 6 tygodni. W tym czasie cukier powinien się całkiem rozpuścić (możecie co jakiś czas potrząsnąć słoikiem, a najlepiej ustawić go w nasłonecznionym miejscu). Następnie zlewamy powstały sok i łączymy go ze spirytusem. Całość odstawiamy na kilka miesięcy w ciemne miejsce (moja zwykle stoi minimum 4 miesiące). Rozlewamy do butelek.   

piątek, 24 stycznia 2014

Gorąca czekolada z chili i...



Dziś praca w terenie - poza poradnią. Jechałam sobie tak przez te wsie i lasy urzeczona malowniczą śnieżną scenerią i doszłam do wniosku, że się zakochałam... w zimowym krajobrazie :-) Zima poza miastem jest niesamowita, kto ją tam widział chociaż raz, ten wie o czym mówię... jednak biorąc pod uwagę większość dróg dojazdowych prowadzących do tych cudności, stwierdzam, że to miłość nieodwzajemniona... 
A w telewizji właśnie mówią, że będzie zimniej, mroźniej... dlatego mam dla Was coś na rozgrzewkę :-) Gorącą czekoladę proponowałam Wam już kiedyś w innych wersjach: z alkoholem (KLIK) i bez (KLIK), ale dzisiejsza wersja jest wyjątkowa... Idealnie sprawdza się podczas zimowych wojaży więc jeśli planujecie w najbliższym czasie kulig nie zapomnijcie jej wlać do termosu ;-) fantastycznie rozgrzewa...  




SKŁADNIKI

300 ml mleka

150 ml śmietanki 30 %

100 g czekolady mlecznej

100 g czekolady gorzkiej

1/4 łyżeczki chili

90 ml spirytusu




Mleko i śmietankę doprowadzamy do wrzenia i zmniejszamy ogień palnika. Dodajemy połamana czekoladę i czekamy aż się rozpuści (od czasu do czasu mieszamy), a następnie gotujemy jeszcze przez 5 minut - w tym czasie napój powinien zgęstnieć. Zestawiamy z ognia, dodajemy chili i spirytus, dokładnie mieszamy i odstawiamy pod przykryciem na 2 -3 minuty. Rozlewamy do kubków - a ilość starczy na trzy średniej wielkości :-)





poniedziałek, 13 stycznia 2014

Grzane piwo z żółtkiem



Jak ja nie cierpię zimy!!! Wiem, że to już wiecie, ale cóż... ta niechęć wraca do mnie jak bumerang każdego roku, zwłaszcza gdy przemierzam te moje kilometry... gdy zeskrobuję rano lód z szyb... i w ogóle... właśnie zaczynam się martwić jutrzejszym porankiem w myśl zasady,  że lepiej się martwić i być mile zaskoczonym, niż wpadać w entuzjazm i się rozczarować... :-) więc ja się tu jeszcze trochę pomartwię, a dla Was na rozgrzewkę mam piwo... w rewelacyjnej wersji, chociaż muszę się Wam przyznać, że wiele tego piwa upłynęło zanim udało mi się wypracować właściwy sposób przyrządzenia go :-) za to teraz mogę polecić bez obaw :-) Słyszałam, że podobno kogel - mogel z dodatkiem alkoholu wpływa wspomagająco przy leczeniu gardła ;-) To kto się będzie leczył? :-)


SKŁADNIKI

1 żółtko

2 łyżki cukru

250 ml piwa

ewentualnie szczypta dowolnej przyprawy, np.: mielony imbir, cynamon, goździki, kardamon lub mieszanka przypraw.


Do garnka z grubym dnem wbijamy żółtko i dodajemy cukier i ewentualne przyprawy - ucieramy puszysty kogel - mogel (nie wiem czemu, ale najlepszy wychodzi wtedy, gdy jest ucierany drewnianą łyżką), a następnie stawiamy go na bardzo małym płomieniu i dalej ucieramy do całkowitego rozpuszczenia cukru (masa może stać się nieco rzadsza, ale nie stanowi to problemu, natomiast Boże broń żeby się przypaliła - tragedia!). Zestawiamy garnek z ognia i odlewamy połowę piwa, mieszamy energicznie, by dokładnie połączyć alkohol z żółtkiem, a następnie dolewamy resztę piwa i znów mieszamy. Stawiamy ponownie na małym płomieniu i pozostawiamy tam na chwilę ciągle mieszając. Powinno to trwać ok. 2 minut, ale w tym czasie piana nie powinna opaść, a piwo nie powinno się zagotować - to zdecydowanie popsuje smak :-( Pamiętajcie też, że to nie ma być piwo gotowane, ale podgrzane... i nigdy nie wlewajcie ciepłego piwa do zimnych jajek, bo zwyczajnie wyjdą kluski ;-)
Gotowy napój przelewamy do grubej szklanki.

P.S.
Możecie użyć też dowolnego piwa smakowego, polecam imbirowe ;-)
  

piątek, 10 stycznia 2014

Żeberka pieczone w ciemnym piwie



Od rana układałam sobie w głowie co ja tu dziś Wam napiszę, jakimi przemyśleniami się podzielę i w ogóle... I wiecie co? nie będę dziś przynudzać ;-) pierwszy raz od kilku dni uświadomiłam sobie skąd w ostatnim czasie bierze się mój dobry humor - i niech tak zostanie :-) Za to pomysł opisanych żeberek powstał podczas dzisiejszych zakupów :-)  


SKŁADNIKI

ok. 1,2 kg żeberek mięsnych

2 średnie cebule

4 goździki

6 ziaren ziela angielskiego

4 duże listki laurowe

sól, pieprz

600 ml ciemnego piwa


Żeberka myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym, posypujemy z obu stron solą i pieprzem, a następnie kroimy na kawałki z pojedynczymi kostkami. Układamy na suchej, bardzo silnie rozgrzanej patelni po czym szybko przekładamy na druga stronę - kawałki muszą się znajdować na patelni bardzo krótko, żeby tylko mięso ścięło się po wierzchu. Następnie przekładamy je do naczynia żaroodpornego. Cebule obieramy, kroimy na połowy i wbijamy w nie goździki i ziele. Układamy je w naczyniu obok mięsa, dodajemy listki i zalewamy piwem (powinno zakryć mięso). Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (termoobieg + dolna grzałka) i pieczemy pod przykryciem przez 80 minut.
Kruche, soczyste, fantastyczne... mmm... 

sobota, 4 stycznia 2014

Deser czekoladowy z nutą kokosową



Zakupy z trzylatką... myślę, że z powodzeniem można je porównać do sportów ekstremalnych... Przynajmniej te z moją trzylatką, która za każdym razem próbuje mnie przekonać, że wie lepiej niż ja czego potrzebujemy... istny koszmar! Ale co człowieka nie zabije, to go wzmocni... więc tydzień w tydzień dzielnie stawiam czoło tym całym zakupom w nadziei, że w końcu będzie spokojniej...
A tymczasem, po całym dniu, proponuję Wam deser czekoladowy z kokosową nutą... bo jakoś mi ostatnio kokosowo ;-)


SKŁADNIKI

100 ml mleka

100 ml śmietanki 30%

50 g czekolady gorzkiej

100 g czekolady białej

6 łyżek wiórków kokosowych

6 łyżek likieru kokosowego

1 łyżeczka żelatyny


Czekoladę łamiemy na kawałki. Połowę mleka i śmietanki mieszamy razem i doprowadzamy do wrzenia, a następnie dodajemy białą czekoladę i wiórka kokosowe - stawiamy na małym ogniu i mieszamy do czasu rozpuszczenia czekolady po czym gotujemy jeszcze przez chwilę żeby masa zgęstniała. Zestawiamy z palnika, dodajemy żelatynę (nie musicie jej rozpuszczać, wystarczy że równomiernie posypiecie po całości i energicznie zamieszacie), odstawiamy do ostygnięcia. Dolewamy likier, mieszamy, rozkładamy do miseczek lub pucharków i wstawiamy do lodówki. Zagotowujemy resztę mleka i śmietanki i rozpuszczamy w nich gorzką czekoladę, gotujemy przez chwilę na małym palniku aż zgęstnieje i zestawiamy. Ciepłą (ale nie gorącą) czekoladą polewamy schłodzoną warstwę kokosową (nie jest sztywna tak jak np. galaretka czy panna cotta). 





P.S.
Uważajcie na ten likier, ostatnio miałam okazję się przekonać, że w niebezpieczny sposób wpływa na wyobraźnię... 

czwartek, 21 listopada 2013

Babka kakaowa z likierem amaretto



O jejciu! Ale ją się za Wami stęskniłam! Na szczęście już jestem, a właściwie już mogę być na nowo z Wami :-) Mój internet działa i mam nadzieję, że tak już pozostanie, a co ciekawsze to nie otrzymałam żadnej odpowiedzi wyjaśniającej dlaczego go nie miałam... po prostu jest i pewnie sama radość z tego faktu powinna mi w zupełności wystarczyć... no więc póki co wystarcza ;-) chociaż nagromadziło mi się różnych ciekawych propozycji kulinarnych... muszę jakoś zagęścić ruchy i jak najwięcej z nich - a najlepiej wszystkie - jak najszybciej Wam przedstawić :-) W końcu w przyszłym miesiącu święta, a wtedy to dopiero zaroi się na blogach od pyszności! A więc nie tracąc chwili więcej zaczynam od babki, która powstała dzięki mojemu mężowi... tak, tak, dokładnie! Pewnego dnia postanowił przywołać jeden ze smaków dzieciństwa i zrobić sobie kogel - mogel... tylko, że jajka były temu przeciwne i nie pozwoliły się podzielić ;-) ;-) w związku z tym po powrocie z pracy zastałam 3 białka w jednej szklance (to te z udanych rozbić) i 3 rozbełtane jajka w drugiej (to te z nieudanych...) Ponieważ nie mogłam tego tak zostawić, pozbierałam w kuchni to, co mi wpadło pod rękę i oto efekt :-) 
Pyszny efekt!
Działajcie!


SKŁADNIKI

1,5 szklanki mąki pszennej

0,5 szklanki mąki ziemniaczanej

1 szklanka cukru

6 białek

3 żółtka

0,5 szklanki oleju

2 łyżki kakao

2 łyżeczki proszku do pieczenia

4 łyżki likieru amaretto

aromat migdałowy (kilka kropel)


dodatkowo:

1/3 szklanki migdałów

2 łyżki cukru pudru

3 łyżki zimnej wody

ewentualnie trochę aromatu migdałowego




Białka, żółtka, olej i cukier miksujemy razem na jednolitą masę (jest dość rzadka). Obie mąki, kakao i proszek mieszamy razem i dodajemy stopniowo do masy jajecznej. Gdy wszystkie składniki połączą się dolewamy amaretto i aromat, mieszamy jeszcze przez chwilę, a następnie wlewamy do foremki (wcześniej smarujemy ją margaryną i obsypujemy bułką tartą, chyba że macie taką z nieprzywieralną powłoką, to wtedy nie ma takiej potrzeby). Wstawiamy na 40 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pod koniec pieczenia sprawdźcie patyczkiem czy na pewno się upiekło (wbity w ciasto i wyjęty powinien być suchy). 
Migdały wsypujemy do szklanki / kubka i zalewamy wrzątkiem - woda powinna całkiem zakryć migdały - i pozostawiamy na kilka minut (proponuje 15 - 20, dzięki temu migdały nie tylko łatwo się obiorą, ale też trochę zmiękną). Następnie wodę wylewamy, a migdały obieramy z brązowych skórek - właściwie schodzą one same, trzeba im tylko trochę pomóc ;-) Siekamy nożem na drobniejsze kawałki. Wodę łączymy z cukrem, dodajemy migdały i całość mieszamy. 
Upieczone ciasto wyjmujemy z foremki i gdy jest jeszcze ciepłe polewamy migdałami. Zostawiamy do wystygnięcia.

P.S.
Do migdałowej polewy też możecie dodać 1 - 2 łyżki amaretto, ja nie dałam ze względu na moją córcię, której ciasto bardzo smakowało :-)

środa, 26 czerwca 2013

Muszle z leczo krewetkowym



Ten przepis wprowadził do naszego domu mój mąż, pragnąc mnie tym samym przekonać do owoców morza ;-) Znalazł go gdzieś w internecie parę lat temu i niestety nie jest w stanie wskazać gdzie :-( a szkoda :-( chętnie dowiedziałabym się kto miał tak fantastyczny pomysł... Powyższą nazwę wymyśliłam sobie sama gdyż małżonek zapisał w skrócie "KREWETKI" i tyle... odkrywcze to mocno i konkretne ;-) ale pomijając wszystko danie mnie urzekło bez pamięci - przede wszystkim w tej wersji krewetki nie patrzą na mnie z talerza, a więc spokojnie mogę jej zjadać, a to zawsze stanowiło dla mnie największą barierę ;-) poza tym delikatne, sycące, pyszne... 


SKŁADNIKI

500 g mrożonych krewetek

1 duża cebula

3 ząbki czosnku

200 ml białego wytrawnego wina

1 pęczek posiekanej natki pietruszki

1/2 pęczka bazylii (u mnie ta z doniczki ;-) )

1 fix leczo (np. Knorr)

3 łyżki oliwy z oliwek

ewentualnie sól, pieprz


dodatkowo: makaron duże muszle - 2/3 opakowania




Cebulę drobno siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. Oliwę rozgrzewamy na patelni, przekładamy na  nią cebulę i czosnek, podsmażamy (uważajcie żeby czosnek nie zbrązowiał, bo będzie gorzki i zepsuje smak potrawy), a następnie dolewamy wino i dusimy do odparowania (prawie całkowitego) płynu. Krewetki rozmrażamy, odsączamy i dodajemy na patelnię; chwilę podsmażamy. Rozrabiamy fix zgodnie z przepisem na opakowaniu i dolewamy na patelnię. Gotujemy aż krewetki będą odpowiednio miękkie, a następnie dodajemy posiekaną natkę i bazylię.
Makaron gotujemy na półtwardo, a następnie każdą muszlę faszerujemy przygotowanym leczo.
Boskie... z białym winem...

sobota, 11 maja 2013

Kurczak na butelce z piwem



Za co lubię obecną porę roku? A za to, że można na targu nakupić cała masę fantastycznej zieleniny :-) ja dziś kupiłam między innymi rabarbar i sałatę w iloci jak dla armii ;-) i już mam pomysł na to wszystko więc jest dobrze :-) np.: pierwsza partia sałaty poszła dziś jako przystawka do kurczaka - pycha... Sałata przygotowana tradycyjnie, ale kurczak... niebo w gębie... Pierwsze moje zetknięcie z kurczakiem na butelce to jeden z pierwszych odcinków "Kuchennych rewolucji". Wtedy to Magda Gessler w jednej z restauracji proponowała go jako danie główne, "gwiazdę" wieczoru. Nie pamiętam czy robiła go wtedy na piwie czy nie, nie wiem też jakie przyprawy wykorzystywała, ale wyglądał bosko! Drugie zderzenie z tematem, to opowieści mojej siostry o tym, że coś takiego robi i tu już moje szanse poznania procedury stały się bardziej realne. Trzecie to moja własna kuchnia i ciągłe modyfikacje - różne zawartości butelki, różne kompozycje przypraw, ale jedno jest zawsze stałe - zachwyt jedzących i błyskawiczne tempo znikania kurczaka z talerzy :-) Kurczak pieczony w ten sposób ma jedną podstawową zaletę - cały tłuszcz spływa do podstawionego naczynia, a dzięki temu, że butelka jest podgrzewana od dołu piwo wypływa z niej i oblewa mięso - nie jest tym samym suche, a fantastycznie soczyste... Poniżej podaję wariant, do którego uciekam się najczęściej, bo najprostszy :-)


SKŁADNIKI

1 duży kurczak (ja zwykle kupuję takiego ok. 2 kg)

4 - 5 łyżek przyprawy do kurczaka (lub dowolnie skomponowanej mieszanki przypraw)

1 piwo w butelce 


Kurczaka myjemy i odcinamy co tam kto chce ;-) (mam na myśli szyję, kuperek i inne elementy, które nam z różnych względów nie pasują). Nacieramy częścią przyprawy, a resztę wsypujemy do środka i staramy się ją tam rozprowadzić - ja w tym celu obracam kurczaka w różnych kierunkach. Wstawiamy do lodówki na ok. 2 godziny, żeby mięso dobrze przeszło smakiem i aromatem przyprawy. Butelkę z piwem dokładnie myjemy (najlepiej gdyby udało Wam się odmoczyć naklejki, bo niektóre lubią potem pozostać na mięsie) i dopiero teraz otwieramy. W niektórych butelkach poziom piwa jest bardzo wysoki, dlatego wtedy odlejcie go trochę, tak na wysokość szyjki. Gatunek piwa jest w zasadzie obojętny, to zależy od Waszych upodobań, ja piekłam z różnymi, ale w sumie najciekawszy smak uzyskuje się z piwem imbirowym lub ciemnym. Zamarynowanego kurczaka nakładamy na butelkę tak żeby szyjka wystawała przez górny otwór ptaka ;-) 




Całość ustawiamy w brytfance lub naczyniu żaroodpornym i stawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (termoobieg, dolna grzałka), pieczemy przez 1,5 godziny. I to cała filozofia tego kurczaka :-) za to połączenie słono - ostrej przyprawy i słodkawego (bo ja najczęściej wykorzystuję jednak piwo imbirowe) smaku piwa jest wprost niesamowite!

P.S.
Jeśli nie przepadacie za smakiem piwa (a lekki posmak pozostaje w mięsie) możecie nałożyć kurczaka na butelkę z wodą, wtedy jednak musicie bardzo regularnie polewać go w trakcie pieczenia wodą lub bulionem. Innym zamiennikiem może być pepsi lub cola - wlewamy ją do butelki po piwie, a dalej postępujemy już tak samo jak w przypadku piwa. :-)






piątek, 22 marca 2013

Pieczone żeberka z whisky



Wszystko staje na głowie... jak tak dalej pójdzie, to zacznę tracić wiarę w ludzi... a kto dziś ją tak podkopał? Kolega z pracy - starszy pan z zasadami. Tylko, że chyba właśnie o tych zasadach zapomniał!!! I czemu ma to niby służyć? A no nie wiem - przejmuje moje zadanie i nawet nie zmierza mnie o tym poinformować? Że niby mam uwierzyć, że zapomniał? Nie jest złe to, że będzie się tą sprawą zajmował, może akurat w tym przypadku będzie lepiej, ale zasady... zwykłe zasady... chyba jednak powinnam wiedzieć... a jeśli już jestem dziś w tym temacie, to niedługo po tej rewelacji okazało się, że jedna z moich koleżanek jest w stanie zrobić aferę o coś, co można załatwić jednym zdaniem, jednym pytaniem... Wystarczy trochę chęci i dobrej woli, ale cóż... trzeba ruszyć niebo i ziemię, byle stworzyć nową spiskową teorię dziejów... cóż, niektórzy jak nie namieszają, to czują się po prostu nieswojo... Taka ich natura - zrobić szum wokół siebie i innych i jeszcze najlepiej żeby ci inni byli na straconej pozycji - wtedy jest OK! Matko! Ja to chyba jestem jakaś naiwna, bo ciągle takie klimaty robią na mnie wrażenie... Na szczęście szybko mi mija to całe poirytowanie, ale co się wkurzę na starcie, to moje... 
Przegryzę sobie ten dzień żeberkiem, przemyślę i do końca się wyciszę... Polecam Wam to samo... Tak na dobry początek weekendu...

SKŁADNIKI

1,5 kg żeberek mięsnych

2 większe cebule

10 liści laurowych

10 ziaren ziela angielskiego

5 owoców jałowca

3 ząbki czosnku

1 łyżka soli

2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku

1 łyżeczka pieprzu

1/2 szklanki oleju

1/2 szklanki whisky

1/2 szklanki wody


Żeberka myjemy i dzielimy na kawałki z jedną kostką każdy, a następnie wkładamy do dużej miski lub garnka. Cebule kroimy w kostkę, czosnek przeciskamy przez praskę, owoce jałowca roztłukujemy na mniejsze kawałeczki i wszystko wkładamy do mięsa. Dodajemy pozostałe przyprawy, dolewamy olej i whisky i dokładnie mieszamy wszystko, tak żeby każdy kawałek mięsa znalazł się w marynacie. Przykrywamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki. Ja zostawiam tak przez całą noc, wtedy mięso idealnie przejdzie wszystkimi przyprawami. Po tym czasie przekładamy wszystko (mięso z cebulą i przyprawami) do naczynia żaroodpornego, dolewamy wodę, przykrywamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 1 godzinę i 40 minut. Pod koniec pieczenia możecie zdjąć pokrywę, wtedy żeberka zrumienią się.
Możecie podać dowolnie: z ryżem, ziemniakami lub pieczywem - tak jak najbardziej lubicie :-)


P.S.
Można też trochę inaczej: kawałki mięsa i składniki możecie włożyć do worka do pieczenia, zawiązać go potrząsając nim rozprowadzić marynatę po mięsie. Następnie całość włóżcie do lodówki, a po czasie oczekiwania z tym samym workiem umieśćcie w piekarniku. Piekąc w worku nie ma potrzeby dolewania wody - para powstała wewnątrz worka wystarczająco nawilży mięso. Pod koniec pieczenia po prostu rozetnijcie worek u góry.  


piątek, 8 lutego 2013

Piwne naleśniki z pastą pomidorową


Naleśniki z piwem to pomysł na szybką gorącą przekąskę, kolację lub lekki obiad. Są bardziej wyraziste w smaku niż tradycyjne naleśniki na bazie mleka i świetnie komponują się z pikantnymi farszami. Ja proponuję Wam dziś wersję ekspresową, taką dla zabieganych, a jednocześnie smaczną, sycącą i ciekawą w zestawieniu.

SKŁADNIKI

Na naleśniki:

250 ml piwa

2 jajka

5 łyżek mąki pszennej

3 łyżki oleju

szynka i ser żółty (po tyle plastrów ile wyjdzie naleśników)

ogórek konserwowy


Na pastę:

1/2 puszki pomidorów w soku

1 ząbek czosnku

1/4 cebuli

sól, pieprz,

słodka papryka w proszku

szczypta chili

zioła prowansalskie

Piwo, mąkę, jajka i olej miksujemy i odstawiamy do opadnięcia piany. Następnie smażymy cienkie naleśniki.  Na środku każdego naleśnika kładziemy plaster sera, na niego plaster szynki i plaster ogórka (kroimy go wzdłuż). Zwijamy naleśniki tak jak krokiety i obsmażamy.

Czosnek przeciskamy przez praskę, cebulę trzemy na drobnej tarce i łączymy z pozostałymi składnikami pasty i miksujemy na jednolitą gładką masę. Podgrzewamy i lekko odparowujemy. Smarujemy wierzch gorących naleśników.


Prawda, że szybko? A jak pysznie...

W innej wersji możecie użyć sera, parówek i papryki - też są pyszne :-)   


wtorek, 5 lutego 2013

Faworki z piwem


Przepis na te faworki podpowiedziała mi w tamtym roku moja koleżanka z pracy - jest wprost błyskawiczny, a jedyna umiejętność jaka jest wymagana podczas tej pracy, to umiejętność bacznego obserwowania podczas smażenia... mimo, że faworki od zawsze kojarzyły mi się z tłustym czwartkiem, to te robię przy różnych innych okazjach. Polecam Wam!

SKŁADNIKI

1/2 szklanki żółtek (6 - 7 sztuk)

1/2 szklanki piwa

mąka "ile zabierze" (przeważnie 250 - 300 g)

smalec do smażenia

cukier puder do posypania


Żółtka mieszamy z piwem i stopniowo dodajemy mąkę - najpierw możecie mieszać łyżką, potem wyrabiamy dłonią. Ciasto powinno być gładkie i plastyczne, dlatego nie wsypujcie całej mąki naraz, żeby nie było jej za dużo, a tym samym żeby ciasto nie było za twarde. Zagniecione ciasto chłodzimy w lodówce 20 - 30 minut, następnie wałkujemy bardzo cienko - jeśli zostawicie zbyt grube ciasto faworki będą gliniaste zamiast chrupiące, dzielimy na wąskie prostokąty i każdy nacinamy w środku. 


Teraz jeden z końców przeciągamy przez otworek i tak otrzymujemy kształt faworka :-) 


Smalec bardzo mocno rozgrzewamy i smażymy faworki partiami, po kilka sztuk na złoty kolor - nie można włożyć ich zbyt dużo, bo rosną w wysokiej temperaturze, stają się mniej więcej dwukrotnie większe (im gorętszy smalec, tym większe i szybciej rosną, w niedostatecznie gorącym mokną i potem są niesmaczne). 
Faworki smażą się błyskawicznie, dlatego musicie je bardzo uważnie obserwować -  jeśli będą zbyt brązowe będą gorzkie... :-(
Ostudzone posypujemy cukrem pudrem. Są kruche,delikatne, pyszne...


piątek, 11 stycznia 2013

Grzane wino


Pogoda dziś niespecjalna... a to pada śnieg, a to za chwilę deszcz, a jedno i drugie marznie na drodze i tworzy się fatalna ślizgawka... Na szczęście jestem już w domu i do poniedziałku nie wybieram się w drogę - codziennie przemierzam ok. 100 km, by dostać się do pracy, a potem do domu... ale dziś jest piątek, a to znaczy, że dwa najbliższe dni spędzę z moją córeczką:) a wieczorem przyjedzie też mój mąż, znów tylko na weekend, ale to zawsze coś... w sumie to już nie mogę się doczekać, aż siądziemy sobie razem i będzie mi opowiadał co wydarzyło się przez ostatni tydzień, co było jego sukcesem, a co wzbudziło refleksje na przyszłość... a całość  otuli aromat przypraw dosypanych do czerwonego wina...

SKŁADNIKI


1 butelka czerwonego wina

sok z 1/2 lub 1 małej pomarańczy

4 goździki

2 małe laski cynamonu

1/2 laski wanilii

1 gwiazdka anyżu

2 ziarenka ziela angielskiego

szczypta gałki muszkatołowej (ok. 1/5 łyżeczki, najlepiej świeżo startej)

cukier według uznania


Wino przelejcie do garnka, dodajcie sok z pomarańczy i przyprawy. Podgrzewajcie na małym ogniu przez 10 minut. Na koniec możecie dodać trochę cukru i dokładnie wymieszać żeby się rozpuścił.
UWAGA!!! Musicie uważać, by wino nie zagotowało się - będzie wtedy mętne i mniej smaczne.


Gorące, aromatyczne, przepyszne...