piątek, 31 maja 2013

Karkówka a'la kebab




Zapytała mnie kiedyś koleżanka co najbardziej lubię w gotowaniu... nawet przez chwilę nie musiałam się zastanawiać, bo to oczywiste: to co lubię najbardziej to to, że można kombinować i kombinować, a i tak zawsze wyjdzie coś godnego uwagi :-) Gromadzę sobie wiadomości nt. różnych składników, sposobu ich przygotowania, łączenia z innymi, a potem wymyślam :-) 
Dzisiejsza karkówka powstała podobnie - miała być na bitki, ale gdy popatrzyłam na puszkę z kukurydzą pomyślałam, że wcale nie muszę robić tego co zaplanowałam, tym bardziej, że czasu na gotowanie to ja dziś za wiele nie miałam... w pierwszej wersji miał być sos do ryżu, ale gdy wyjęłam już ryż z szafki doznałam nagłego olśnienia, że może jakaś zapiekanka? już byłam bliska zmielenia mięsa gdy mój mąż oznajmił, że zjadłby jakiegoś kebaba... I to było słowo klucz! Schowałam maszynkę, a z szafki wyciągnęłam przyprawę - będzie miał co chce! Kebab w moje - bardzo dowolnej - interpretacji:-) Czerpiąc z różnych znanych mi sposobów obróbki produktów spożywczych stworzyłam zapiekankę, która zadowoliła mojego głodomora :-)


SKŁADNIKI

ok. 400 g karkówki

1 1/2 szklanki ryżu

1/2 dużej cebuli

1 puszka kukurydzy

4 ogórki konserwowe

4 łyżki przyprawy kebab - gyros

3 łyżki oliwy z oliwek

1 duży jogurt naturalny (400g)

3 łyżki majonezu

1 łyżeczka słodkiej mielonej papryki

4 ząbki czosnku

sól, pieprz

olej do smażenia


Mięso myjemy, osuszamy i kroimy na plastry grubości niecałego centymetra. Na patelni rozgrzewamy olej i obsmażamy mięso po obu stronach, a następnie zdejmujemy z patelni i zabezpieczamy przed wystygnięciem. Na innej patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, wsypujemy suchy ryż i obsmażamy go, a gdy ziarna nieco zbieleją wyłączamy ogień pod patelnią, dodajemy przyprawę gyros i dokładnie mieszamy. Ogórki i cebulę kroimy w półplasterki,  kukurydzę odsączamy. Jogurt mieszamy z majonezem, sproszkowaną papryką, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, solą i pieprzem (ja miałam gęsty jogurt i taki jest akurat). W naczyniu żaroodpornym układamy warstwy: 2/3 ryżu, kukurydza, ogórki, plastry mięsa, sól i pieprz, cebula, pozostały ryż i sos jogurtowy. Potrząsamy naczyniem żeby sos spłynął nieco w głąb zapiekanki, możecie też kilka razy podnieść i upuścić naczynie z wysokości ok. 2 cm, wtedy sos spłynie praktycznie do dna. Przykrywamy naczynie i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 1 godzinę. I gotowe :-) 




Nie bójcie się tego suchego ryżu - zmięknie pod wpływem wilgoci z sosu, soku z ogórka i z mięsa jakie wydzielą się podczas pieczenia. I chociaż  danie niewiele ma wspólnego z prawdziwym kebabem, to warto zaryzykować :-) danie jest niesamowite!!!          



wtorek, 28 maja 2013

Kluski kopytka




Opadam z sił i tęsknię za wakacjami... a szansa na urlop dopiero za jakieś sześć tygodni... cóż, czekałam cały rok, doczekam jeszcze tyle... Wykończyło mnie to ostatnie pół roku kiedy musiałam być zdana głównie na siebie, przytłacza mnie wyuczona bezradność mojego męża jakiej nabrał we wspomnianym czasie... Myślałam, że razem z nim powróci normalność, ale widzę, że do tego jeszcze daleko... więc dalej wszystko co dzieje się w domu muszę planować i koordynować ja...
Jakby tego było mało, dotarło do mnie ostatnio coś co oczywiste: światem rządzą układy!!! I to nie tylko tym wielkim, ale tym małym, wokół nas... I tak się składa, że to właśnie dzięki tej świadomości, dzięki temu, że w końcu zauważyłam coś, co dawno już podejrzewałam, zaczęłam podejmować decyzje, na które wcześniej brakowało mi odwagi... decyzje, które pozwolą mnie i mojej rodzinie ujmować życie w sposób pełniejszy, bardziej satysfakcjonujący... I chociaż wszystkie zmiany z początku niosą trudności, to najważniejsze, by czuć w sobie odwagę i nadzieję na lepsze...  A czym więcej myślę o tych moich decyzjach, tym czuję się szczęśliwsza... 
Tymczasem pokłon w stronę kuchennej klasyki - kopytka wg mojej babci. I chociaż ona robiła je "na oko" (sama też je zwykle tak robię) to tym razem proporcje są dokładne - sprawdzone w kilku ostatnich razach ;-)


SKŁADNIKI

1,2 kg ziemniaków

12 - 15 łyżek mąki pszennej

2 jajka


dodatkowo: maka do podsypania


Ziemniaki obieramy, myjemy, gotujemy w posolonej wodzie, a następnie przeciskamy przez praskę na stolnicę i pozostawiamy do wystygnięcia. Dodajemy mąkę (ilość zależy od rodzaju ziemniaków, czasem już po 10 łyżkach jest to co potrzeba), jajka i zagniatamy ciasto - nie może być zbyt twarde, bo kopytka będą twarde, musi być zwięzłe, ale jednocześnie łatwe do formowania (w żadnym razie nie powinno się kleić do dłoni). Gotowe ciasto dzielimy na 3 - 4 części, z każdej formujemy wałek o średnicy 2 - 3 cm, lekko go spłaszczamy, a następnie odcinamy nożem kluski. 




Oczywiści zanim zaczniecie rolować wałki musicie posypać stolnicę mąką, inaczej ciasto będzie się przylepiało do stolnicy. 
W garnku zagotowujemy dużą ilość wody z solą (z rozsądną ilością). Do wrzącej wody wrzucamy część przygotowanych kopytek, zmniejszamy gaz i czekamy aż kluski wypłyną na powierzchnię. Od tego momentu gotujemy 3 minuty i wyławiamy kopytka łyżką cedzakowa na talerz. Znów doprowadzamy wodę do wrzenia i wrzucamy kolejną część i tak do chwili ugotowania wszystkich kopytek.




Gotowe podajemy z dowolnym sosem, skwarkami, smażoną bułką tartą itp. Wszystko zależy od Was, ale i tak będą pyszne, bez względu na dodatki.       



poniedziałek, 27 maja 2013

Bananowiec z mascarpone



Patrze za to okno i nie dowierzam, ze kilka dni temu było cudne lato, a dziś jest ponura jesień... a to wszystko wiosną... całkowite pomieszanie z poplątaniem... Wykopałam z babcinych zbiorów zeszyt z napisem "NA ZIMNO" i znalazłam przepis na ciasto z serka homo i bananów. I wszystko ładnie i pięknie, ale serka w lodówce to ani śladu... ale jest mascarpone :-) oryginalny przepis pozbawiłam też cukru - żeby nie było za słodko i jajek - żeby mój maluszek też mógł zjeść :-) Dodałam za to śmietanę - taka fantazja, bo była w lodówce ;-) No i przyznam, że wyszło rewelacyjnie :-) Córeńka wpałaszowała olbrzymi kawał, mąż podwójną dokładkę :-) uwielbiam te ich apetyty :-) Całe to gotowanie nabiera innego wymiaru gdy komuś smakuje :-) 
A dzień ogólnie można zaliczyć do udanych :-) optymistyczny jakiś taki :-) chcę takich więcej :-)


SKŁADNIKI

250 g masła

250 g serka mascarpone

200 ml śmietanki 30%

2 duże dojrzałe banany

3 łyżeczki żelatyny

370 ml gorącej wody

1 galaretka (o dowolnym smaku)

1 cukier waniliowy

48 herbatników


Żelatynę rozpuszczamy w 70 ml wody i odstawiamy żeby ostygła. W reszcie wody rozpuszczamy galaretkę i też studzimy. Banany kroimy w plasterki i miksujemy. W osobnym naczyniu miksujemy masło z mascarpone i cukrem waniliowym na gładką masę, a następnie dodajemy banany i żelatynę i miksujemy już tylko przez chwilę, żeby tylko składniki się połączyły (jeśli będziecie miksować zbyt długo masa podzieli się ;-( ). Śmietanę ubijamy na sztywno i dodajemy do masy bananowej, mieszamy łyżką - delikatnie, ale dokładnie.W blaszce układamy warstwę 16 herbatników i wykładamy 1/3 masy, układamy drugą warstwę herbatników i znów 1/3 masy, znów ciastka i znów masa, na koniec polewamy galaretką (najlepiej jeśli już trochę zgęstniała, wtedy nie spłynie pod ciasto). Wstawiamy do lodówki na kilka godzin. 
Ciasto jest lekkie i fantastycznie bananowe - idealne na upalne dni lub po to by je przywołać ;-) 



sobota, 25 maja 2013

Babeczki ananasowe



Strasznie mi się dłużył ten tydzień... niby tyle się działo, na nic nie miałam czasu, z kilkoma sprawami się nijak nie mogłam wyrobić i ostatkiem tchu dociągnęłam je do końca i niby w takim nawale dni powinny przelatywać jak z procy, a jednak się dłużyły... Potwornie... A dziś w końcu sobota :-) i znów przez cały dzień było co robić, ale teraz siedzę sobie w końcu i mam chwilę dla siebie i dla Was :-) Dziecko śpi już od 1,5 godziny (od kiedy przestała sypiać w dzień zasypia ok. 19-tej :-) ), mąż w pracy jeszcze 45 minut więc w domu będzie jeszcze 15 minut później, a ja właśnie wyjęłam z piekarnika fantastyczne babeczki - moje dzisiejsze dzieło, wieczorny eksperyment ;-) miałam piec babkę, na która zdobyłam niedawno przepis od koleżanki, ale musiałabym użyć miksera, a nie miałam sumienia zakłócać snu córeczce ;-) znalazłam w szafce puszkę ananasów... to jest to! przez chwile poczułam się jak ten chłopiec z bajki, któremu skakała taka mała kuleczka po głowie za każdym razem gdy wpadł na jakiś pomysł ;-) Ciasto, które wystarczy zamieszać łyżką na pewno nie przeszkodzi w niczym mojej małej damie :-) Więc wyciągnęłam co mi się tam wydawało i do dzieła! W efekcie powstały fantastycznie puszyste babeczki, o delikatnie ananasowym smaku i aromacie :-) Pyszne!!! Tym bardziej, że dawno już żadnych muffinek nie robiłam :-)




SKŁADNIKI

5 plastrów ananasa z puszki

100 ml zalewy z ananasów (tej z puszki ;-) )

1 szklanka mąki pszennej

1 szklanka mąki ziemniaczanej

2 jajka

3 łyżki oleju słonecznikowego

1/3 szklanki cukru trzcinowego

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia


Ananasy kroimy w drobną kostkę i mieszamy z jajkami, olejem i zalewą ananasową - mieszamy łyżką, nie miksujemy! Suche składniki łączymy razem w osobnej misce, a następnie dodajemy do mokrych składników i mieszamy żeby powstało jednolite ciasto. Oczywiście kawałki ananasa powinny być widoczne. 




Nakładamy ciasto do papierowych foremek i pieczemy 20 - 25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (termoobieg). Po 20 minutach sprawdźcie patyczkiem - wbity w babeczkę i wyjęty z niej powinien być suchy, nieoblepiony ciastem. 
I to całe czarowanie w temacie ananasowych muffinek :-)




Teraz czas na Was :-)
Powodzenia :-) 



czwartek, 23 maja 2013

Zapiekanka z pieczarkami



A zatem wracamy do normalności... specjalnie używam tu liczby mnogiej, bo o ile ja świetnie odnajduję się w tym, że w końcu nie piję sama porannej kawy, o tyle mój mąż zachowuje się tak, jakby po raz pierwszy poruszał się po naszym mieszkaniu... ciągle o coś pyta, twierdzi, że nie potrafi i takie tam... co dziwne, zanim wyjechał na to swoje szkolenie doskonale wiedział gdzie znajduje się wszystko to, o co teraz pyta... a co ciekawsze - te rzeczy nie zmieniły miejsca przez ostatnie 5 lat... a może pytał, tylko ja uważałam to za całkiem normalne? chociaż pewnie bym pamiętała... w każdym razie wracamy - powoli, ale jednak do przodu... 
Praca, którą kończy się w okolicach godziny 17-tej jest bez wątpienia czynnikiem, który wpływa decydująco na dobór dania obiadowo - kolacyjnego... A najlepiej w tym wypadku sprawdzają się dania jednogarnkowe lub zapiekanki. Tę, którą proponuję Wam dzisiaj wymyśliłam sobie w tzw. międzyczasie, bo trzeba było coś zjeść, a czasu nie było. A ponieważ półki w lodówce dopiero czekały na na dostawę zapasów, to musiałam zadowolić się minimalna ilością produktów. I wyszło danie, które zniknęło jeszcze szybciej niż je robiłam. Myślę, że to najlepsza rekomendacja :-)  


SKŁADNIKI

200 g pieczarek

200 ml śmietanki 30%

100 g startego sera żółtego

1 łyżka masła klarowanego

2 - 3 łyżki sera grana padano

200 g makaronu (waga suchego)

sól, pieprz


Makaron gotujemy w lekko posolonej wodzie na półtwardo - to bardzo ważne, bo jeśli będzie zbyt miękki zapiekanka stanie się zwyczajnym błotkiem ;-) Pieczarki myjemy, usuwamy ogonki, a kapelusze kroimy na ćwiartki lub połówki (w zależności od wielkości). Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy pieczarki i obsmażamy, a następnie wlewamy śmietankę, dodajemy sól, pieprz i smażymy przez chwilę aż sos lekko (!) zgęstnieje. Następnie całość wlewamy do gorącego makaronu, wsypujemy ser żółty i bardzo dokładnie mieszamy. Przekładamy do naczynia do zapiekania i posypujemy serem grana padano. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni i pieczemy w tej temperaturze przez 10 minut.






środa, 22 maja 2013

Szybkie ciasto z rabarbarem




Mamy gości - przyjechała moja siostra z rodziną. Pojawiają się raz na rok, są zwykle ok. tygodnia i jadą... W prawdzie nocują u mojego taty, ale zamieszanie rozciąga się na całą rodzinę ;-) Szkoda, że przyjeżdża tak rzadko... jest w tym moim życiu, a jakby jej nie było... i już przestałam się łudzić, że kiedyś tu wróci na zawsze... 
A tymczasem odwiedziłam dziś pewną szkołę i oniemiałam... jeszcze jestem pod wrażeniem aranżacji szkolnego podwórka... ogromne trawniki z krótką trawką, wspaniale kwitnące na różowo drzewa, szerokie chodniki... jeszcze nie widziałam tak malowniczego otoczenia szkoły, a trochę ich widziałam... sama przyjemność uczyć się w takim otoczeniu :-)
A dla Was rabarbar - mój ulubiony o tej porze roku :-) a przepis znalazłam oczywiście w notatniku babci, tylko że babcia robiła go z jabłkami, a ja wykorzystuję każde owoce, które są w stanie puścić sok ;-) 

SKŁADNIKI

1 kg rabarbaru

1 szklanka cukru

2 szklanki mąki pszennej

3 jajka

2 łyżki oleju słonecznikowego

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka sody




Rabarbar myjemy, obieramy, kroimy i zasypujemy cukrem, a następnie dokładnie mieszamy i odstawiany na ok. 40 minut żeby owoce puściły sok. Jajka roztrzepujemy i delikatnie mieszamy z olejem. Mąkę łączymy z soda i proszkiem. Suche i mokre składniki dodajemy do owoców (które oczywiście puściły sok) i wszystko mieszamy razem łyżką. Wkładamy do foremki wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, pieczemy w termoobiegu przez 40 minut. Gotowe ciasto możecie posypać cukrem pudrem lub cukrem cynamonowym.     



poniedziałek, 20 maja 2013

Sos z udźca indyczego



Ha! Awaria komputera... po prostu koszmar... mój laptop odmówił współpracy - działa tylko w trybie awaryjnym, a wtedy nie łączy się z internetem :-( w związku z tym muszę na jednym komputerze opisywać zdjęcia, a na drugim pisać i je wstawiać... dwa razy tyle roboty, ale cóż... chwilowo to jedyne słuszne rozwiązanie... najważniejsze żeby dawać sobie radę :-)
A co więcej? A wiosna, a właściwie lato pełną parą :-) mogłabym się napawać bez reszty tymi wszystkimi widokami po drodze do pracy i z powrotem... Zielone pola, żółte łany rzepaku, oblepione kwiatowa pianą wiśnie... cudownie! A do tego poranne śpiewy ptaków, przepełniające energia słońce i te fantastyczne zapachy mieszające się w powietrzu... aż chce się żyć! I nie ważne co się dzieje - w takich okolicznościach przyrody nic nie  jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi... ot, niepoprawny optymizm :-) chciałabym nim zarażać, porażać... w końcu w koło jest tyle piękna i powodów do zadowolenia... teraz jakoś łatwiej to wszystko dostrzegać, przeformułowywać to co drażni i nie zadowala, pokonywać trudnosci i omijać przeszkody ;-) i nawet w szalejącej właśnie burzy dostrzegłam przed chwilą powód do radości...
W szufladzie zamrażarki trzymam kulinarne skarby - zaraz będę czarować na jutro... Dziś sos, kolejny z wielu ;-)


SKŁADNIKI

400 g mięsa z udźca indyczego

470 ml wody

3 łyżki mąki pszennej pełnoziarnistej

1 cebula

2 łyżki masła klarowanego

majeranek

tymianek

2 liście laurowe

sól, pieprz




Mięso myjemy, osuszamy i kroimy w kostkę (ja kupuję takie, które od razu jest bez kości, jeśli macie takie z kością musicie go kupić więcej, tak by po jej wycięciu zostało ok. 400 g). Cebulę kroimy w półplasterki. W garnku rozgrzewamy masło i na gorące wrzucamy cebulę, smażymy przez chwilę, a gdy uzyska złoty kolor dodajemy mięso i obsmażamy kawałeczki ze wszystkich stron. Następnie dolewamy 400 ml wody, dodajemy majeranek, tymianek i listki, zmniejszamy ogień i gotujemy ok. 30 minut. Doprawiamy solą i pieprzem i gotujemy kolejne 10 minut. Na suchą patelnię wsypujemy mąkę i prażymy ją aż uzyska brązowy kolor - musicie bardzo uważać, bo mąka w chwili gdy osiągnie wysoką temperaturę bardzo gwałtownie zaczyna się palić a wtedy jest gorzka i niesmaczna :-( Zbrązowioną mąkę wsypujemy do pozostałych 70 ml wody, dokładnie mieszamy (musi powstać jednolita masa) i przekładamy do gotującego się sosu. Bardzo starannie mieszamy - żeby nie zrobiły się grudki, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy ok 2 - 3 minut. I to wszystko. Teraz tylko ziemniaki lub kasza i obiad - obiad gotowy ;-) 



sobota, 18 maja 2013

Nóżki drobiowe z patelni




I w końcu nadszedł ten dzień: mąż przywieziony do domu :-) a przywiozłam go osobiście z tych Katowic i nie ważne, że jechałam tam przez pół dnia tylko po to żeby wziąć udział w uroczystym apelu, który trwał niecałą godzinę... nie ważne, że stojąc po drugiej stronie placu ledwo co go widziałam w tym tłumie identycznie wyglądających osób... Ale liczy się to, że tam byłam - w tej niesamowitej atmosferze, w tym niepowtarzalnie formalnym klimacie, gdzie nawet trawa ma proceduralną wysokość... a teraz oswajam się z myślą, że juro wieczorem nie będę go musiała szykować do wyjazdu jak to było przez te dwadzieścia kilka ostatnich tygodni. ;-)
Późno już, ale nie mogę się powstrzymać i muszę Wam podać przepis na kurczaka z patelni. Wymyśliłam sobie go kiedyś ze zwykłego niechciejstwa, bo chciałam coś szybko i konkretnie, a nie chciało mi się akurat zbyt długo to robić... i przepis się przyjął :-) Przygotowuję tak różne elementy kurczaka: udka, nóżki, skrzydełka i zawsze się udaje. Spróbujcie, bo szybko i smacznie :-) i aromatycznie :-)




SKŁADNIKI

6 - 8 pałek z kurczaka

2 łyżki słodkiej papryki mielonej

2 łyżki curry

1 łyżka soli

szczypta ostrej papryki mielonej

4 ząbki czosnku

woda

tłuszcz do smażenia




Mięso myjemy i osuszamy. Papryki, curry i sól mieszamy razem i w powstałej panierce obtaczamy nóżki. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz (proponuję Wam olej słonecznikowy w ilości przykrywającej dno na wysokość ok. 1/2 cm, ale każdy inny tłuszcz też się tu sprawdzi). Wkładamy mięso, obsmażamy z każdej strony żeby przyprawy się przyrumieniły, a następnie dodajemy przekrojone na pół ząbki czosnku, dolewamy wodę - tak do połowy wysokości mięsa i dusimy pod przykryciem do miękkości. Róbcie to na małym ogniu, wtedy nie ma potrzeby przekładania mięsa podczas duszenia, ale uważajcie, żeby dno patelni nie zrobiło się całkiem suche ;-) Tak przygotowane kawałki kurczaka możecie podawać z ziemniakami, ryżem lub pieczywem i surówką. 



środa, 15 maja 2013

Szybki kurczak z ryżem




Jeszcze tylko dwa dni i mój mąż w końcu wróci z tego koszmarnie długiego półrocznego szkolenia :-) Co z tego, że przyjeżdżał co tydzień... tak naprawdę wpadał na dwa dni - z czego tego drugiego już wyjeżdżał - i zanim się dobrze rozejrzał to już go nie było... Cały czas w biegu, w stresie, w narastających nerwach... (to ostatnie zdanie jest bardziej o mnie ;-) ) ale już niedługo i rytm naszego domu wróci w końcu do normy... 
Póki co dzień mija za dniem, a dzisiejszy zdecydowanie należał do mojej córci - była na dniu otwartym w przedszkolu :-) Niestety nie mogłam jej towarzyszyć, ale na szczęście z pomocą przyszła teściowa - opiekuje się naszą jedynaczką, zaproponowała, że pójdą :-) Małej paniusi tak się w przedszkolu spodobało, że nie miała ochoty go opuszczać :-) miejmy nadzieję, że ta tendencja utrzyma się do jesieni i wtedy też nie będzie kłopotu z pozostawaniem w przedszkolu... 
To tyle w telegraficznym skrócie ;-) a w przepisie jedno z szybszych dań jakie znam, do tego sycące i pyszne. Wymyśliłam sobie je kiedyś tak całkiem na prędce i bez większego zastanowienia - jak to ja: trochę tego, trochę tego i zawsze coś wyjdzie, a jak nie posmakuje to zawsze można wypluć ;-) ale jeszcze nie spotkałam się z taką reakcją na to jedzonko, a kilka osób miało już okazję go spróbować i kilka koleżanek też już przepis otrzymało :-) Do tego przepis nie jest skomplikowany, pochłania niewiele czasu i myślę, że śmiało może się zagnieździć w kuchni singli - zarówno pań jak i panów :-) Powiem więcej: sprawdza się podczas kolacji dla niezapowiedzianych gości :-) a u mnie znika w błyskawicznym tempie jako danie obiadowe... A wiec do dzieła!   




SKŁADNIKI

1 podwójny filet z kurczaka

2 łyżki oliwy z oliwek

5 łyżek słodkiego sosu sojowego

2 łyżki posiekanej natki pietruszki

3 łyżki posiekanego koperku

3 łyżki posiekanego szczypiorku

sól, pieprz


Dodatkowo: 

1 szklanka ryżu

1 puszka zielonego groszku


Fileta myjemy, oczyszczamy i kroimy w cienkie paski. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy kawałki mięsa i obsmażamy, a gdy są już białe ze wszystkich stron, dodajemy zioła, sos sojowy i smażymy - co jakiś czas mieszając - aż cały płyn z patelni odparuje, a mięso będzie miękkie. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. 
Ryż gotujemy w lekko posolonej wodzie, odcedzamy i dodajemy do usmażonego mięsa (już nie podgrzewamy), dodajemy też odsączony z zalewy groszek i delikatnie mieszamy wszystkie składniki. I gotowe :-) Prawda, że szybko? 



wtorek, 14 maja 2013

Likier z kukułek



Jakiś czas temu, a właściwie jakieś dwa lata temu, zapragnęłam przygotować likier z kukułek - w końcu to jedne z moich ulubionych cukierków, a o owym trunku wiele słyszałam, ale nikt nie potrafił mi dokładnie powiedzieć co i jak. No i znalazłam... kilka... kilkanaście przepisów... a każdy niby taki sam, a jednak inny... no i dalej pozostałam w punkcie wyjścia... Spróbowałam dwa może trzy przepisy i... rozczarowałam się... a to za mało kukułek, a to zdecydowanie za mocny... to znów cukierki fruwały w dzbanku jak meteoryty... więc popróbowałam lunąć i sypnąć co trzeba tak "na oko" i w końcu wyszedł smak jak potrzeba :-) a wodę w składzie podpowiedział mi wujek mojego męża - prawdziwy fan domowych alkoholi... 


SKŁADNIKI

Wersja I

300 g kukułek

500 ml wódki

200 ml wody


Wersja II

Wersja I + 400 g masy krówkowej


Kukułki rozbijamy na mniejsze kawałki i zalewamy ciepłą wodą, co jakiś czas mieszamy żeby cukierki dokładnie się rozpuściły. Do rozpuszczonych kukułek dolewamy alkohol, dokładnie mieszamy, rozlewamy do butelek i odstawiamy na kilka godzin. 
W wersji wzbogaconej przygotowany likier miksujemy z masą krówkową (możecie kupić gotową albo przygotować z mleka skondensowanego - sposób przygotowania tutaj (KLIK) ) - likier jest wtedy gęściejszy i jeszcze ciekawszy w smaku :-)




P.S.
Bardzo ważne jest to, żeby cukierki rozpuszczać w wodzie - w alkoholu będą leżały i leżały, a i tak nie rozpuszczą się jak potrzeba :-(
Jeśli wolicie mocniejszy trunek zastąpcie wódkę spirytusem. 
Czym dłużej likier oczekuje na wypicie, tym staje się mocniejszy :-) Ja przygotowuję go co najmniej kilka dni   przed planowanym terminem konsumpcji ;-)

poniedziałek, 13 maja 2013

Chleb z kefirem



Rozmawiałam dziś z rodzicem nastolatka, który sprawia dość poważne problemy wychowawcze. Od słowa do słowa, bardziej lub mniej świadomie ów rodzic zdradzał informacje, które składały się w spójną całość. Zdecydowanie nie najlepszą. Na koniec zapytałam jak zapatruje się na porażki innych - i to było pytanie klucz... Czasem odpowiedzi okazują się być tak bardzo oczywiste, że aż trudno w nie uwierzyć... Mam nadzieję, że i rodzic i dziecko zechcą poukładać swoje życie, poszukać w sobie tego, co stracone... Że dadzą sobie szansę...
Patrzę na moją 2,5 - latkę pałaszującą kromkę chleba, który wczoraj razem piekłyśmy... gdyby tak móc zatrzymać niektóre chwile...
Przepisów na chleb pieczony na kefirze czy maślance jest wiele, ale ja ten swój skomponowałam tak trochę na wyczucie, nie zaglądając do żadnego sprawdzonego i polecanego przepisu. Podjęłam się samodzielnie wyznaczonego zadania z nastawieniem, że albo wyjdzie chleb, albo karma dla psa ;-) no trudno, ryzyko prowadzenia doświadczeń... Jednak - nieskromnie to przyznam - instynkt mnie nie zawiódł :-) psy zjedzą coś innego, bo chleb wyszedł rewelacyjny i śmiało może konkurować z chlebem na zakwasie :-)




SKŁADNIKI

2 szklanki mąki pszennej białej

2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej

50 g drożdży

2 łyżeczki soli

1 łyżeczka cukru

2 szklanki kefiru

2 łyżki oleju słonecznikowego


Obie mąki, sól i cukier wsypujemy do dużej miski i mieszamy razem, a następnie rozkruszamy drożdże i rozcieramy je z mąkami. Dolewamy kefir i olej - zagniatamy ciasto, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Ciasto jest trochę lepkie, ale nie dosypujcie więcej mąki. Zakrywamy miskę i odstawiamy ciasto w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok. 40 minut. Po tym czasie przekładamy je do foremki i pieczemy 50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Oczywiście sprawdźcie patyczkiem czy się nie lepi ;-) 






niedziela, 12 maja 2013

Ciasto kruche z rabarbarem




Skoro wiosna i rabarbar to obowiązkowo ciasto z rabarbarem... i to kruche... pachnące cynamonem... mmm... Babcia często je robiła, tzw. szarlotkę z rabarbarem ;-) z resztą, była w stanie zrobić szarlotkę totalnie ze wszystkim :-) bo i kruche z tego przepisu nadaje się dosłownie do wszystkich owoców i w ogóle do wszystkiego.
A wracając do wiosny, to dziś jej zdecydowanie nie było widać :-( dzień senny, deszczowy... nijaki... prawie całe popołudnie przespałam... a potem objadałam się ciastem, bo grzechem byłoby pozostawić go spokojnie w brytfance ;-) jeszcze sobie dojadam piekąc chlebek na jutrzejsze śniadanie...


SKŁADNIKI

1 porcja ciasta kruchego z tego przepisu (KLIK)

ok. 1,8 kg rabarbaru

9 łyżek cukru

1 łyżka cynamonu


Dodatkowo: 

1 łyżka cukru brązowego 

1/2 łyżeczki cynamonu

bułka tarta


Ciasto przygotowujemy według powyższego przepisu, schładzamy w lodówce, a następnie dzielimy na 3 równe części - jedną odkładamy, a pozostałymi wyklejamy dno i brzegi blaszki (wystarczy, że wyłożycie ją papierem do pieczenia, nie musicie natłuszczać).

Rabarbar obieramy i kroimy na kawałki długości 1 - 1,5 cm. Następnie wkładamy do dużej miski, dodajemy cukier, cynamon i potrząsając miską oblepiamy kawałki rabarbaru; odstawiamy na 15 - 20 minut żeby rabarbar lekko puścił sok.




Brązowy cukier i cynamon mieszamy - otrzymamy cukier cynamonowy.

Przygotowane ciasto posypujemy cienką warstwą bułki tartej (wchłonie wydzielający się podczas pieczenia sok), wykładamy kawałki rabarbaru i polewamy je wydzielonym sokiem. Część ciasta, która pozostała, ścieramy na tarce o dużych oczkach na całej powierzchni placka. Posypujemy cukrem cynamonowym. 




Pieczemy przez 50 - 60 minut w temperaturze 180 stopni, w nagrzanym wcześniej piekarniku.




To chyba najlepsze ciasto sezonowe jakie znam :-)

P.S.
Przepis jest na typową dużą blaszkę.


sobota, 11 maja 2013

Kurczak na butelce z piwem



Za co lubię obecną porę roku? A za to, że można na targu nakupić cała masę fantastycznej zieleniny :-) ja dziś kupiłam między innymi rabarbar i sałatę w iloci jak dla armii ;-) i już mam pomysł na to wszystko więc jest dobrze :-) np.: pierwsza partia sałaty poszła dziś jako przystawka do kurczaka - pycha... Sałata przygotowana tradycyjnie, ale kurczak... niebo w gębie... Pierwsze moje zetknięcie z kurczakiem na butelce to jeden z pierwszych odcinków "Kuchennych rewolucji". Wtedy to Magda Gessler w jednej z restauracji proponowała go jako danie główne, "gwiazdę" wieczoru. Nie pamiętam czy robiła go wtedy na piwie czy nie, nie wiem też jakie przyprawy wykorzystywała, ale wyglądał bosko! Drugie zderzenie z tematem, to opowieści mojej siostry o tym, że coś takiego robi i tu już moje szanse poznania procedury stały się bardziej realne. Trzecie to moja własna kuchnia i ciągłe modyfikacje - różne zawartości butelki, różne kompozycje przypraw, ale jedno jest zawsze stałe - zachwyt jedzących i błyskawiczne tempo znikania kurczaka z talerzy :-) Kurczak pieczony w ten sposób ma jedną podstawową zaletę - cały tłuszcz spływa do podstawionego naczynia, a dzięki temu, że butelka jest podgrzewana od dołu piwo wypływa z niej i oblewa mięso - nie jest tym samym suche, a fantastycznie soczyste... Poniżej podaję wariant, do którego uciekam się najczęściej, bo najprostszy :-)


SKŁADNIKI

1 duży kurczak (ja zwykle kupuję takiego ok. 2 kg)

4 - 5 łyżek przyprawy do kurczaka (lub dowolnie skomponowanej mieszanki przypraw)

1 piwo w butelce 


Kurczaka myjemy i odcinamy co tam kto chce ;-) (mam na myśli szyję, kuperek i inne elementy, które nam z różnych względów nie pasują). Nacieramy częścią przyprawy, a resztę wsypujemy do środka i staramy się ją tam rozprowadzić - ja w tym celu obracam kurczaka w różnych kierunkach. Wstawiamy do lodówki na ok. 2 godziny, żeby mięso dobrze przeszło smakiem i aromatem przyprawy. Butelkę z piwem dokładnie myjemy (najlepiej gdyby udało Wam się odmoczyć naklejki, bo niektóre lubią potem pozostać na mięsie) i dopiero teraz otwieramy. W niektórych butelkach poziom piwa jest bardzo wysoki, dlatego wtedy odlejcie go trochę, tak na wysokość szyjki. Gatunek piwa jest w zasadzie obojętny, to zależy od Waszych upodobań, ja piekłam z różnymi, ale w sumie najciekawszy smak uzyskuje się z piwem imbirowym lub ciemnym. Zamarynowanego kurczaka nakładamy na butelkę tak żeby szyjka wystawała przez górny otwór ptaka ;-) 




Całość ustawiamy w brytfance lub naczyniu żaroodpornym i stawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni (termoobieg, dolna grzałka), pieczemy przez 1,5 godziny. I to cała filozofia tego kurczaka :-) za to połączenie słono - ostrej przyprawy i słodkawego (bo ja najczęściej wykorzystuję jednak piwo imbirowe) smaku piwa jest wprost niesamowite!

P.S.
Jeśli nie przepadacie za smakiem piwa (a lekki posmak pozostaje w mięsie) możecie nałożyć kurczaka na butelkę z wodą, wtedy jednak musicie bardzo regularnie polewać go w trakcie pieczenia wodą lub bulionem. Innym zamiennikiem może być pepsi lub cola - wlewamy ją do butelki po piwie, a dalej postępujemy już tak samo jak w przypadku piwa. :-)






piątek, 10 maja 2013

Sałatka z fasolą



Dziś nie będę się rozpisywać. Będzie krótko i treściwie, tak jak ta sałatka: dziś dzień ważnych decyzji :-) a jakich dowiecie się niebawem... A sałatka jest wprost fantastyczna! Niewielka ilość składników, a kompozycja idealna... Do tego sycąca więc z powodzeniem może występować jako samodzielne danie :-) próbujcie! 


SKŁADNIKI

1 puszka fasoli czerwonej

1/2 dużego brokuła

3 jajka

2 łyżki gęstej śmietany

1 czubata łyżeczka musztardy

1 łyżeczka sosu sojowego

ewentualnie sól i pieprz


Jajka gotujemy na twardo i kroimy w półplasterki. Brokuła myjemy, dzielimy na małe kawałki i gotujemy we wrzątku przez 4 minuty (do wody dodajemy łyżeczkę soli i łyżeczkę cukru), a następnie odcedzamy i przelewamy zimną wodą, odsączamy. Fasolę odsączamy z zalewy, jeśli jest ona bardzo gęsta możecie przepłukać fasolę wodą. Śmietanę, musztardę, sos sojowy i przyprawy łączymy razem na jednolity sos. Wszystkie składniki wkładamy do miski, dodajemy przygotowany sos, mieszamy i schładzamy w lodówce. :-)  



czwartek, 9 maja 2013

Rafaello w kulkach





Jakiś straszny ten dzień - małolaty i nielaty wystawiają moją cierpliwość i umiejętność panowania nad sobą na baaardzo poważną próbę... zastanawiam się czasem po co ja właściwie robię to co robię... czy nie prościej byłoby mieć spokojną pracę bez takiej dawki adrenaliny i emocji? no taką w sumie też mam - adrenalina i emocje oczywiście są, ale w dozwolonej dawce ;-) wiec może powinnam tylko przy tej pozostać? Ale tamto też ktoś robić musi... tylko, że atmosfera z dnia na dzień sprzyja coraz mniej, ale to już całkiem inny temat...
A pralinki to moja wariacja na temat rafaello na krakersach . Jako punkt wyjścia przyjęłam sobie wspomniany przepis i przepis na krem do ciasta, jaki kiedyś podyktowała mi koleżanka, a potem to wszystko oczywiście "zmiksowałam" po swojemu i wyszło to co wyszło - obłędnie kokosowe praliny :-) 


SKŁADNIKI

100 g wiórków kokosowych

200 ml mleka

1/3 szklanki cukru

1 cukier waniliowy

80 g masła

100 g białej czekolady

100 g krakersów

2 łyżki spirytusu


dodatkowo: wiórka do obtoczenia kulek




Mleko, wiórka i cukry gotujemy do chwili aż płyn całkiem odparuje, a pozostanie gęsta papka kokosowa (UWAGA!!! KIPI!!!). Masło kroimy w drobniejsze kawałki, dodajemy do gorącego kokosu i bardzo dokładnie mieszamy aż całkiem się rozpuści. Całość odstawiamy do wystygnięcia. Krakersy kruszymy bardzo drobno - ja zmiksowałam blenderem, czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i lekko studzimy, ale tak żeby zachowała płynny stan. Do wystudzonej masy kokosowej dodajemy ciastka, czekoladę i spirytus - całość dokładnie mieszamy, a następnie robimy kulki wielkości małego orzecha włoskiego i obtaczamy w suchych wiórkach. 




Schładzamy w lodówce - kulki muszą zesztywnieć, inaczej będą lepkimi paćkami, bo masa jest tłusta.   
Pralinki są fantastyczne!!! Niesamowicie kokosowe - w smaku i zapachu, boskie...  

P.S.
Z tej ilości składników wyszło mi 20 pralinek.