niedziela, 31 marca 2013

Wesołych Świąt!!!



Z okazji Świąt Wielkanocnych:
miłości, która jest ważniejsza od wszelkich dóbr,
zdrowia, które pozwala przetrwać najgorsze.
Pracy, która pomaga żyć.
Uśmiechów bliskich i nieznajomych, które pozwalają lżej oddychać
i szczęścia, które niejednokrotnie ocala nam życie.

P.S.
Zaczerpnięte gdzieś z Internetu, ale takie jakieś mi bliskie, jakieś takie moje... 
Ale zdjęcie już moje, od początku do końca :-)

sobota, 30 marca 2013

Babka drożdżowa z kruszonką


Dzisiejszy przepis jest z myślą o tych z was, którym ciągle brakuje czasu i zawsze robią coś w ostatniej chwili. Znalazłam go wczoraj na "White Plate" i od razu ujął mnie szybkością wykonania. W oryginale oprócz kruszonki ma jeszcze jagody, ja pominęłam je, skorzystałam natomiast z kilku sugestii tam zawartych, od siebie dałam kruszonkę - trochę inną niż proponowana w znalezionym przepisie. Ciasto przygotowuje się błyskawicznie, potem już robi się samo :-) no i nie ma tej całej zabawy w wyrastanie - wszystko dzieje się w piekarniku :-) a więc do dzieła! do rana zdążycie na pewno ;-) 

SKŁADNIKI

3 szklanki mąki pszennej

1/4 kostki masła

4 żółtka

3/4 szklanki cukru + 1 łyżka

40 g drożdży

1 szklanka mleka (ciepłego)

aromat cytrynowy i pomarańczowy (po kilka kropel)

rodzynki


Kruszonka:

1 łyżka masła

2 łyżki mąki

1 duży cukier waniliowy


Żółtka ucieramy z cukrem i aromatem na puszysty kogel - mogel. Masło rozpuszczamy i studzimy. Drożdże ucieramy z 1 łyżką cukru aż do uzyskania płynu, dolewamy mleko i odstawiamy do wyrośnięcia. Następnie dolewamy do masy jajecznej, dodajemy mąkę i wyrabiamy, dodajemy rodzynki i masło - i znów wyrabiamy. Ciasto jest dość rzadkie, ja całość wyrabiałam drewnianą łyżką. 
Masło, mąkę i cukier waniliowy zagniatamy, a następnie rozkruszamy (dobrze wyrobiona kruszonka, powinna się sama rozlatywać na kawałeczki). 
Wkładamy ciasto do foremki (wysmarowanej tłuszczem i ewentualnie oprószonej mąką), posypujemy kruszonką i umieszczamy w piekarniku nagrzanym do 50 stopni, pieczemy przez 30 minut - w tym czasie ciasto powinno wyrosnąć, a następnie zwiększamy temperaturę do 165 stopni i pieczemy przez 35 minut (lub dłużej, jeśli patyczek wbity w ciasto jest oblepiony, a powinien być suchy). 




W życiu nie jadłam tak delikatnego i puszystego ciasta drożdżowego, a jadłam naprawdę z wielu przepisów. To jest po prostu bombowe!!!




P.S.
Ciasta na zdjęciach robiłam z podwójnej porcji.

piątek, 29 marca 2013

Jajka marmurkowe


Wygląda na to, że w tym roku się wyrobię, jak nigdy... ostatni placek już w piekarniku, a zaraz po nim ostatnie mięso i wszystko jest :-) w lodówce już ciemno od tych moich wytworów świątecznych, ale ja mam z tego gotowania tyle radości, że nie sposób opisać :-) a jeszcze więcej radości sprawia mi zadowolenie bliskich, którzy pochłaniają to wszystko z apetytem godnym pozazdroszczenia :-) szkoda tylko, że pogoda taka kapryśna... sąsiadka stwierdziła dziś, że na Boże Narodzenie nie było tyle śniegu i chyba to prawda... szkoda... Wielkanoc powinna być jednak wiosenna... trudno, najwyżej moje dziecko pojedzie na sankach święcić jajka... 
A te z dzisiejszego przepisu są wyjątkowe - nabierają fantastycznego smaku przypraw i są przepyszne...

SKŁADNIKI

4 jajka

3 czubate łyżeczki herbaty (wybierzcie tę w listkach, nie granulowaną)

kawałek kory cynamonu

2 gwiazdki anyżu

1 łyżeczka kminku

1 łyżeczka kolendry

3 ziarna kardamonu

5 ziaren ziela angielskiego

3 łyżki sosu sojowego

500 ml wody (wrzątku)


Jajka gotujemy na twardo, a gdy trochę przestygną roztłukujemy ich skorupki, ale nie obieramy tylko zostawiamy. Herbatę i przyprawy wkładamy do garnka, zalewamy wrzątkiem i przykrywamy, żeby napar "przegryzł" się (jakieś 15 - 20 minut). Następnie wkładamy jajka (w potłuczonych skorupkach) - jeśli płyn nie zakrywa jajek musicie dolać wody , doprowadzamy do wrzenia i wyłączamy. Zostawiamy jajka w herbacie na całą noc, rano obieramy. Smacznego:-)


Muszle z tuńczykiem i mozzarellą



Jadąc dziś z pracy zastanawiałam się nad tym dlaczego pozwalamy, by o naszym postrzeganiu innych tak często decydował przypadek... Dlaczego w wielu przypadkach nie dajemy sobie szansy poznania ludzi bardziej, tylko zadowalamy się powierzchownymi relacjami z nimi i na tej podstawie interpretujemy całe ich zachowanie i stosunek do nas samych... W dzisiejszej rozmowie z pewnymi osobami okazało się, że choć wydaje nam się, że się znamy, to tak naprawdę jesteśmy tylko mijającymi się ludźmi wymieniającymi wzajemnie grzeczności... a mnogość mechanizmów obronnych spowodowała, że każdy z uczestników rozmowy miał dotychczas błędne wyobrażenie o pozostałych... Kluczem w tych relacjach bez wątpienia stały się okoliczności umożliwiające ową rozmowę - niewiele, a efekt zaskakujący... Nagle okazało się, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż się dotychczas wydawało... 
A Wy, poddajecie się czasem refleksjom nt. własnych relacji z innymi? Zastanawiacie się niekiedy na ile Wasz obraz innych jest pozorny... ?
I tym oto refleksyjnym akcentem kieruję się do kuchni, jeszcze trochę przedświątecznego pieczenia przede mną. Was pozostawiam z przepisem na fantastycznie lekki i pyszny makaron, w sam raz na dzisiejszy dzień...

SKŁADNIKI

2 puszki tuńczyka w oleju

2 kulki mozzarelli

1 mała cebula 

1,5 szklanki przecieru pomidorowego

sól, pieprz, 

granulowany czosnek

słodka papryka czerwona w proszku

tarta mozzarella (dowolna ilość)

pół paczki makaronu muszle


Tuńczyka odsączamy z oleju i jeśli jest w dużych kawałkach to dzielimy je na mniejsze. Mozzarellę kroimy w kostkę, podobnie cebulę. Wszystkie składniki mieszamy doprawiając solą i pieprzem.
Makaron gotujemy na półtwardo, przelewamy zimną wodą i wypełniamy farszem; układamy w naczyniu do zapiekania.




Przecier rozgrzewamy, doprawiamy solą, pieprzem, papryką i czosnkiem - zalewamy muszle. Całość posypujemy tartą mozzarellą. Zapiekamy w 180 stopniach przez 15 minut. I gotowe :-) 




P.S. 
Do wieczora drodzy czytelnicy...

czwartek, 28 marca 2013

Ciasto kawowe "Moja fantazja" :-)



Potrzebowałam na dziś ciasta do pracy. Cały wczorajszy dzień zastanawiałam się, co mogę zrobić z tego, co posiadam w szafkach i oto efekt :-) Śmietana i biszkopty oczekujące na tiramisu, mleko czekające na swój udział w 3 bit... Dokupiłam tylko cappuccino i do dzieła! efekt faktyczny zgodny z zamierzonym :-) Jedzący zadowoleni :-) Po raz kolejny przypadek stał się twórcą czegoś niezwykłego i wyjątkowego :-) A jak Wam pasuje ta moja fantazja? Czy smakuje?

SKŁADNIKI:

Na biszkopt:

4 jajka

3 łyżki mąki pszennej

1 łyżka kakao

4 łyżki cukru

1 łyżeczka proszku do pieczenia


Na masę karmelową:

1 puszka mleka skondensowanego słodzonego

200 g masła


Na masę śmietanową:

400 ml śmietanki 30%

30 ml gorącej wody

2 łyżeczki żelatyny


Na poncz:

3 łyżki kawy cappuccino

2 łyżki kawy rozpuszczalnej

150 ml gorącej wody

35 ml spirytusu


Na posypkę:

2 podłużne biszkopty


1 łyżka kawy cappuccino

1 łyżeczka kakao



Dodatkowo:

250 g podłużnych biszkoptów


Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę, następnie dodajemy cukier i jeszcze przez chwilę ubijamy. Zmniejszamy obroty miksera na najniższy poziom i podajemy po jednym żółtku. Mąkę mieszamy z proszkiem, przesiewamy i dodajemy stopniowo do masy jajecznej - mieszamy dalej na najniższych obrotach lub po prostu łyżką, stara mądrość mówi, że należ mieszać cały czas w jednym kierunku. Przelewamy ciasto do brytfanki i pieczemy przez pół godziny w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. 
Mleko skondensowane wkładamy z całą puszką do garnka z wodą i gotujemy 3 - 4 godziny obracając puszkę i w razie potrzeby dolewając wodę (więcej ważnych informacji na ten temat tutaj KLIK ). Masło wyjmujemy z lodówki i zostawiamy aż osiągnie temperaturę pokojową - lepiej się uciera i masa się nie podzieli. Następnie ucieramy je do białości i dodajemy stopniowo wystudzony karmel. Miksujemy aż masa uzyska jednolity kolor i konsystencję.
Obie kawy zalewamy gorącą wodą i dokładnie mieszamy, a następnie studzimy. Do zimnej kawy dolewamy spirytus - mieszamy.
Żelatynę rozpuszczamy w wodzie. Śmietanę chłodzimy i miksujemy, a gdy powstanie piękna bita śmietana dolewamy stopniowo rozpuszczoną i przestudzoną żelatynę.
2 biszkopty ścieramy na tarce, łączymy z cappuccino i kakao - mieszamy.




Upieczony i wystudzony biszkopt nasączamy połową przygotowanego ponczu i smarujemy masą karmelową. Długie biszkopty nasączamy resztą kawowego ponczu i układamy na masie, a na nie wykładamy bitą śmietanę. Wierzch posypujemy przygotowana posypką. Chłodzimy ciasto w lodówce minimum 3 godziny. 
Jest fantastyczne!!!  Delikatne, a śmietana idealnie łagodzi słodycz karmelu... pycha...




P.S. 
Ja piekłam ciasto w blaszce o wymiarach 25 x 29 cm.  







środa, 27 marca 2013

Babka drożdżowa


Czy zastanawialiście się już czego sobie życzyć przy niedzielnym świątecznym śniadaniu? Ja tak... Życzyłabym sobie szczerości i otwartości wśród ludzi. Otwartości na świat, na innych, na siebie samych... Denerwują mnie sytuacje naszpikowane złością, agresja, niedomówieniami... Denerwują mnie ludzie, którzy niewiele sobą prezentują, a mają się za Bóg wie kogo... Roszczą sobie prawo do wszystkiego, a tak naprawdę to nawet w marzeniach nie powinni tego robić... Zero pokory i dystansu... cóż, tak to jest gdy światem rządzą układy, gdy profesjonalizmu oczekuje się od ignorantów... Tylko czy jest sens to roztrząsać, skoro zmienić nie można? Ale z pewnymi rzeczami zgodzić się nie mogę, zwłaszcza gdy godzą we mnie, bo komuś coś tam się wydaje - wystarczy, ze pomyśli zanim narobi bałaganu, ale to w przypadku niektórych osób ma daleką przyszłość... I tak sobie myślę, że gdyby ludzie potrafili być autentyczni, gdyby nie odgrywali ról utrudniających im wzajemne relacje z innymi, byłoby prościej...
Do tych moich rozważań swoją cegiełkę dołożył pewien zdemoralizowany szesnastolatek stwierdzając, że ten świat choruje i nie jest to grypa... że społeczeństwo gubi się samo w sobie i on już nie ogarnia... a potem zrobił mi wykład na temat lwów i ich symboliki w ideologii Ruchu Rastafari...
Boże, uchowaj! Przestaję ogarniać i ja... Wracam do przedświątecznych przygotowań, a dla Was propozycja na babkę...

SKŁADNIKI

ok. 6 szklanek mąki (około, bo ta szósta nigdy nie pójdzie cała, musicie ją dosypywać stopniowo, a nie całą od razu) 

100 g roztopionego masła

1 szklanka mleka

6 łyżek cukru

2 całe jajka

2 żółtka

50 g drożdży

skórka otarta z pomarańczy i cytryny


Do dużej miski wsypujemy 5 szklanek mąki i robimy wgłębienie na środku. Mleko podgrzewamy, dodajemy do niego połowę cukru i drożdże, dokładnie mieszamy, a następnie wlewamy do mąki i pozostawiamy na chwilę w ciepłym miejscu, aż zaczyn ruszy. Jajka i żółtka ucieramy z resztą cukru (najlepiej na parze lub w gorącej wodnej kąpieli, wtedy cukier dokładnie się rozpuści). Masło również powinno być lekko ciepłe, tak jak pozostałe składniki. Dodajemy wszystko do miski z zaczynem, dosypujemy otartą skórkę (pamiętajcie by wcześniej sparzyć cytrusy wrzątkiem) i zagniatamy ciasto stopniowo dosypując ostatnią szklankę mąki - ciasto powinno być elastyczne, łatwo się odkształcać i swobodnie odchodzić od ręki. 
Gotowe ciasto wkładamy do foremki (wysmarowanej tłuszczem i obsypanej mąką - wtedy upieczona babka wyjdzie z formy bez problemu) i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, a następnie wstawiamy na 40 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (termoobieg). 




Przed wyjęciem z piekarnika sprawdźcie patyczkiem czy na pewno babka się upiekła.
Babka jest fantastyczna! Puszysta i pachnąca... A jeśli lubicie możecie dodać do środka rodzynki lub kandyzowaną skórkę pomarańczową. :-)




P.S.
Ja z tej proporcji robię zwykle dwie babki w foremkach o średnicy 23 cm (w najszerszym miejscu), jedna jest z kominkiem, druga bez.







wtorek, 26 marca 2013

Deser pomarańczowo - kawowy


Byłyśmy dziś z koleżanką pedagog w pewnej szkole, żeby przeprowadzić obserwację dzieci do celów diagnostycznych. Szkoła mała, dzieci mało, toteż w jednej grupie znalazły się dzieci pięcio- sześcio- i siedmiolatki - zerówka i klasa I, a do tego jedna pani nauczycielka, która to całe towarzystwo w liczbie osób 11 musi okiełznać. Pani młoda, zestresowana najazdem, o który sama zabiegała, a dzieci jak dzieci - ruchliwe, energiczne i z typową dla ich wieku trwałością uwagi. Nic więc dziwnego, że te młodsze po kilkunastu minutach zaczęły sobie szukać własnego zajęcia, niekoniecznie zbieżnego z oczekiwaniami pani. Jedno, drugie, trzecie... za to koncentracja uwagi pani przedszkolanki ugruntowana i odporna na zakłócenia - nie zwracając uwagi na odsuwające się z grupy pięciolatki, nie przeszkadzając sobie w niczym spokojnie prowadziła zajęcia z dziećmi starszymi. Nawet nie zauważyła, że dzieci wychodzą sobie na korytarz i w ogóle nie miała kontroli nad tym co robią. Jeszcze ciekawiej wyglądała sytuacja, gdy zaczęła prowadzić zajęcia z klasą I, tj. z dwiema dziewczynkami, a cała reszta dzieci zajmowała się sobą... i nie wzruszało ją nic... ot, siła spokoju godna pozazdroszczenia... tylko jak długo tak się da? Czy trzeba żeby coś się wydarzyło, by pani skłonna była do refleksji nad przerzutnością swej uwagi? Oby nie...
A deser z kawą  i pomarańczą wymyśliłam sobie pod wpływem kawy jaką ostatnio piłyśmy z koleżanką (dla odmiany psycholog) - aromatyzowana suszoną pomarańczą... rewelacja! Polecam... a póki co, może być deser ;-)

SKŁADNIKI

Na panna cottę:

150 ml mleka

150 ml śmietanki 30%

cukier waniliowy z prawdziwą wanilią (10 g)

otarta skórka z 1 pomarańczy

2 łyżeczki żelatyny

50 ml zimnej wody


Na lody kawowe:

250 g  śmietanki 30%

2 czubate łyżeczki kawy rozpuszczalnej

1 - 2 łyżeczki cukru brązowego

50 ml gorącej wody


Dodatkowo: 1/2 pomarańczy


Mleko, śmietankę, cukier waniliowy i skórkę umieszczamy w rondelku i podgrzewamy aż do zagotowania i gotujemy ok. 5 minut. Żelatynę moczymy w zimnej wodzie, dolewamy trochę mleczno - śmietankowego płynu, mieszamy i dodajemy do rondelka; dokładnie rozprowadzamy żelatynę, aż całkowicie się rozpuści i odstawiamy, żeby lekko przestygło (w żadnym wypadku nie może być gorące gdy będziemy nalewać do kieliszków lub pucharków).
Pomarańczę obieramy dokładnie z białej skórki i z błonek i kroimy w kostkę. Kawałeczki wkładamy do pucharków i zalewamy panna cottą. Wstawiamy do lodówki by stężało. 







Kawę i cukier rozpuszczamy w gorącej wodzie. Śmietankę zagotowujemy, dolewamy kawę i gotujemy aż zostanie ok. 2/3 objętości. Następnie studzimy, chłodzimy w lodówce, a gdy masa będzie już dobrze zimna miksujemy ją. Wlewamy do płaskiego pojemnika i wstawiamy do zamrażalnika na ok. 3 godziny. Co jakiś czas lody trzeba wyjąć i przemieszać. 




Gotowe lody nakładamy łyżką na panna cottę. Deser jest wprost rewelacyjny - delikatny, aromatyczny, boski...





Sałatka z tuńczykiem III


Mój mąż to jednak ma rację gdy mówi, że jak magnes przyciągam dziwne sytuacje... Pojechałam dziś na szybkie zakupy do Leclerca i oczywiście zrobiło się ich nieco więcej. Przy kasie podałam pani kasjerce kartę - bo gotówki przy sobie zwykle nie noszę za dużo, żeby nie wydawać... - wzięła, wsunęła do terminalu i nagle mi oznajmiła, że się popsuł... i że ona musi wezwać kogoś z działu technicznego, bo nie wie co teraz z tym zrobić... Przyszła druga pani - jak sądzę z działu technicznego - i nagle obie zanurkowały pod kasą, bo podobno ta pierwsza z nich coś tam kopnęła i się rozłączyło... a ja oczywiście stoję z tymi zakupami w koszyku, bo pakować do reklamówki miałam potem... Ja stoję, do kasy kolejka jak marzenie, a one nurkują i wynurzają się i nie wiedzą co się stało. Zaproponowałam, że może szybciej będzie gdy pójdę po pieniądze do bankomatu (kasa i tak zablokowana), pani kasjerka zawołała ochronę, żeby pan popilnował mojego koszyka, a ja poszłam do najbliższego - wcześniej pani upewniła się gdzie ja mam ten bankomat ;-) Podchodzę i co? NIECZYNNY i zapraszają mnie do następnego. Pobiegłam na zewnątrz, już dochodziłam do tego bankomatu gdy nagle jak spod ziemi wyrósł przy nim jakiś facet - stał i stał, i chyba wykonał wszystkie możliwe operacje, jakie mógł wykonać... w końcu moja kolej - wzięłam, wracam do kasy (pan dalej pilnuje mojego koszyka), a pani kasjerka z radością: ZROBIONE! DZIAŁA! Też się ucieszyłam, w końcu nic tak nie cieszy jak sukcesy znajomych (a panią znam z tego, że zwykle trafiam na nią w kasie i jest miła, więc chyba można ją określić znajomą)... Zapłaciłam - oczywiście już gotówką - pan ochroniarz wydał mi wózek, spakowałam zakupy. W drogę! - pomyślałam wyciągając torbę z wózka - nagle TRACH! - torba na ziemi, jedno ucho w dłoni, drugie częściowo oberwane, a częściowo przy torbie... nawet komentować mi się już nie chce ;-) ;-)
Dobrze, że sałatkę udało się zrobić...

SKŁADNIKI

1 szklanka ryżu

4 jajka

1 puszka kukurydzy

1 papryka (lub 2 x po pół w różnych kolorach)

2 puszki tuńczyka (ja do tej sałatki używam w oleju)

majonez (ilość według uznania)

sól, pieprz


Ryż gotujemy w dużej ilości lekko osolonej wody, a następnie przelewamy zimną wodą żeby wystygł; pozostawiamy na sitku żeby odciekł. Jajka gotujemy na twardo i studzimy, a następnie kroimy w ćwierćplasterki. Kukurydzę i tuńczyka odsączamy. Jeśli tuńczyk jest w bardzo dużych kawałkach musicie go podzielić na mniejsze. Paprykę kroimy w kostkę. Wszystkie składniki wkładamy do miski, dodajemy majonez, sól, pieprz i dokładnie mieszamy. Gotowe!


poniedziałek, 25 marca 2013

Schab w krakersach


Od jakiegoś czasu mój dom zdominowały rybki - małe gupiki absorbują każdego kto przyjdzie, a najbardziej mojego męża... Co weekend dokupuje jakąś parkę, za chwilę braknie miejsca w akwarium... Ale nie tylko jego pochłonęły - moja teściowa codziennie je dokarmia, a mój tata własnie dostarczył nowe roślinki... Z resztą jeśli ktoś w rodzinie zna się na rybkach, to jest to właśnie mój tata... W dawnych czasach, kiedy jeszcze nie było mnie i niedługo potem gdy już się pojawiłam, miał fantastyczne akwaria i niesamowite ryby - znam to ze zdjęć i rodzinnych opowieści, które ciągle ktoś snuje. Niestety moja dziecięca ciekawość świata objawiająca się wyciąganiem  i wrzucaniem różnych rzeczy do zbiorników stała się bezpośrednią przyczyną zlikwidowania ich. Potem tata miał już zdecydowanie zbyt wiele obowiązków, by zająć się tym na nowo, ale teraz... Przychodzi, siada przed szybą i... nie ma szans na rozmowę o czymkolwiek innym niż ryby... odszukał nawet to wszystko, co  miał w swoich akwariach i tylko patrzeć jak założy własne... już nawet kilka razy o tym wspomniał ;-) tak więc robi się rybio... i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jednej rybki kupionej po kryjomu przez mojego męża, bo podobno chodził za nim taki pomysł...
A skoro wszystko zaczyna się od pomysłu, to mam nadzieję, że mój też wam się spodoba :-)

SKŁADNIKI

500 g schabu

5 łyżek pikantnego ketchupu

1/2 paczki krakersów

tłuszcz do smażenia


Schab dzielimy na 5 plastrów, a następnie każdy na pół, tak by powstało 10 kawałków; każdy rozbijamy tłuczkiem. Ketchup wlewamy do miseczki, wkładamy mięso i dokładnie mieszamy - odstawiamy na ok. 30 minut. Krakersy mielimy i obtaczamy w okruchach kawałki mięsa. Smażymy w rozgrzanym tłuszczu, tak jak normalne schabowe.


I znów niby to samo, ale jednak zupełnie inaczej :-) z wyjątkowym posmakiem i charakterem ;-)

niedziela, 24 marca 2013

Pizza wiejska albo calzone




Dziś podwójna propozycja pizzy - w formie tradycyjnej albo pieroga czyli calzone :-) W jednym i drugim wariancie smakuje przepysznie i jest wyjątkowa w swej prostocie. Z resztą większość wielkich dań np. kuchni włoskiej czy francuskiej wywodzi się z prostoty i tego co było najbardziej dostępne. Idąc więc tym przykładem poczujcie się jak szefowie kuchni popularnych restauracji i przygotujcie dla swoich gości, domowników czy kogo tylko chcecie pizzę w tej właśnie wersji smakowej. Efekt murowany!

SKŁADNIKI

Na ciasto:

Przepis na ciasto znajdziecie tutaj (KLIK) , tylko że zioła prowansalskie zastąpcie czosnkiem granulowanym, 1 lub dwoma łyżeczkami w zależności od waszych upodobań co do czosnkowego aromatu; ja daję 1 łyżeczkę.

Na farsz:

300 g kiełbasy wiejskiej, swojskiej czy innej tego typu ;-)

3 - 4 ogórki konserwowe

1 duża cebula

200 g sera żółtego (proponuję gołdę)

3 - 4 łyżki ketchupu

suszony majeranek


Ciasto przygotowujemy według tych wskazówek (KLIK) . 
Kiełbasę obieramy ze skórki i kroimy w plasterki grubości ok. pół centymetra. Cebulę kroimy w piórka lub półplasterki, ogórka w cienkie plasterki. Ser żółty ścieramy na tarce o dużych oczkach. 
Blachę do pizzy wykładamy papierem do pieczenia lub - jeśli rezygnujecie z papieru - obficie obsypujemy mąką. Wykładamy ciasto i rozwałkowujemy na całej blasze, a następnie smarujemy je ketchupem. Teraz układamy plasterki kiełbasy i ogórków, posypujemy je cebulą i majerankiem, na wierzchu posypujemy ser. 






Pieczemy 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.  




Z takich samych składników możecie też przygotować fantastyczne calzone. Wystarczy, że kiełbasę i ogórki pokroicie w kostkę; cebula i ser pozostają tak jak do pizzy. Teraz wszystko wymieszajcie doprawiając ketchupem i majerankiem, a przepis na ciasto znajdziecie tutaj (KLIK) - wzbogaćcie je czosnkiem.

P.S.
Jeśli wolicie, zamiast kiełbasy możecie użyć boczku - pizza będzie trochę tłuściejsza, ale równie pyszna :-) PYCHA!!!   



sobota, 23 marca 2013

Sałatka z brokułem i serem feta



Weekend przedświąteczny - jak ja to lubię... to sprzątanie, stanie w kolejkach do kasy, przepychanie się między ludźmi w sklepach, bo oczywiście sklepy duże, ale w tym okresie luzie wychodzą jakby spod ziemi i mam wrażenie, ze jest ich tam dwa razy więcej niż zazwyczaj... Ale co tam, kupiłam prawie wszystko z tego, co miałam skrzętnie zapisane na liście, a potem to już tylko mój mąż musiał zrobić kilka kursów do samochodu żeby to przydźwigać do kuchni... Na szczęście lista przedświątecznych obowiązków fantastycznie się kurczy i może w końcu na te święta wyrobię się ze wszystkim tak jak zawsze chcę, a nigcy mi nie wychodzi... W nagrodę za prawidłowo wykonane zadania wybrałam się na zakupy ubraniowe - miało być tylko dla mnie i dla nikogo więcej. Skończyło się jak zwykle - coś dla mnie i zdecydowanie więcej dla córci :-) A teraz kolacja - i po sobocie...

SKŁADNIKI

1 brokuł

250 g pomidorków cherry

1 papryka czerwona

50 g kiełków rzodkiewki

biała część pora (ok 15 cm)

1 opakowanie sera feta

2 łyżki octu balsamicznego

5 łyżek oliwy z oliwek

sól, pieprz, cukier


Do garnka wlewamy sporą ilość wody, a następnie doprawiamy ją solą i cukrem i zagotowujemy (jeśli wodę na brokuła posłodzimy, jego smak będzie bardziej wyrazisty, ale nie bójcie się, że będzie miał słodki posmak - nic z tego! po prostu pełniejszy). Ja doprawiam wodę 1 łyżeczką soli i 1 łyżeczką cukru. Brokuła myjemy i dzielimy na małe części, a następnie wrzucamy do garnka z wrzącą wodą i jak tylko zagotuje się ona ponownie (po wrzuceniu brokuła) wyłączamy i zostawiamy całość na 3 minuty. Następnie odcedzamy brokuła i przelewamy zimną wodą. Dzięki temu brokuł będzie miał piękny zielony kolor i nie będzie rozgotowany. Pora i paprykę kroimy w cienkie plasterki, ser feta w kostkę, pomidorki na połówki. Ocet, oliwę, sól, cukier i pieprz mieszamy w małej salaterce, a następnie wrzucamy do niej pora i kiełki, mieszamy i odstawiamy na ok. 30 minut. Po tym czasie do dużej salaterki wkładamy kawałki brokuła, pomidorów i papryki, dodajemy marynatę z małej salaterki i dokładnie mieszamy. Po wierzchu posypujemy fetą. 



Sałatka jest fantastyczna! Najlepiej smakuje lekko schłodzona, poza tym jest idealna właśnie na kolację - jest lekka, a jednocześnie idealnie zaspokaja głód. :-)





piątek, 22 marca 2013

Pieczone żeberka z whisky



Wszystko staje na głowie... jak tak dalej pójdzie, to zacznę tracić wiarę w ludzi... a kto dziś ją tak podkopał? Kolega z pracy - starszy pan z zasadami. Tylko, że chyba właśnie o tych zasadach zapomniał!!! I czemu ma to niby służyć? A no nie wiem - przejmuje moje zadanie i nawet nie zmierza mnie o tym poinformować? Że niby mam uwierzyć, że zapomniał? Nie jest złe to, że będzie się tą sprawą zajmował, może akurat w tym przypadku będzie lepiej, ale zasady... zwykłe zasady... chyba jednak powinnam wiedzieć... a jeśli już jestem dziś w tym temacie, to niedługo po tej rewelacji okazało się, że jedna z moich koleżanek jest w stanie zrobić aferę o coś, co można załatwić jednym zdaniem, jednym pytaniem... Wystarczy trochę chęci i dobrej woli, ale cóż... trzeba ruszyć niebo i ziemię, byle stworzyć nową spiskową teorię dziejów... cóż, niektórzy jak nie namieszają, to czują się po prostu nieswojo... Taka ich natura - zrobić szum wokół siebie i innych i jeszcze najlepiej żeby ci inni byli na straconej pozycji - wtedy jest OK! Matko! Ja to chyba jestem jakaś naiwna, bo ciągle takie klimaty robią na mnie wrażenie... Na szczęście szybko mi mija to całe poirytowanie, ale co się wkurzę na starcie, to moje... 
Przegryzę sobie ten dzień żeberkiem, przemyślę i do końca się wyciszę... Polecam Wam to samo... Tak na dobry początek weekendu...

SKŁADNIKI

1,5 kg żeberek mięsnych

2 większe cebule

10 liści laurowych

10 ziaren ziela angielskiego

5 owoców jałowca

3 ząbki czosnku

1 łyżka soli

2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku

1 łyżeczka pieprzu

1/2 szklanki oleju

1/2 szklanki whisky

1/2 szklanki wody


Żeberka myjemy i dzielimy na kawałki z jedną kostką każdy, a następnie wkładamy do dużej miski lub garnka. Cebule kroimy w kostkę, czosnek przeciskamy przez praskę, owoce jałowca roztłukujemy na mniejsze kawałeczki i wszystko wkładamy do mięsa. Dodajemy pozostałe przyprawy, dolewamy olej i whisky i dokładnie mieszamy wszystko, tak żeby każdy kawałek mięsa znalazł się w marynacie. Przykrywamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki. Ja zostawiam tak przez całą noc, wtedy mięso idealnie przejdzie wszystkimi przyprawami. Po tym czasie przekładamy wszystko (mięso z cebulą i przyprawami) do naczynia żaroodpornego, dolewamy wodę, przykrywamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 1 godzinę i 40 minut. Pod koniec pieczenia możecie zdjąć pokrywę, wtedy żeberka zrumienią się.
Możecie podać dowolnie: z ryżem, ziemniakami lub pieczywem - tak jak najbardziej lubicie :-)


P.S.
Można też trochę inaczej: kawałki mięsa i składniki możecie włożyć do worka do pieczenia, zawiązać go potrząsając nim rozprowadzić marynatę po mięsie. Następnie całość włóżcie do lodówki, a po czasie oczekiwania z tym samym workiem umieśćcie w piekarniku. Piekąc w worku nie ma potrzeby dolewania wody - para powstała wewnątrz worka wystarczająco nawilży mięso. Pod koniec pieczenia po prostu rozetnijcie worek u góry.  


czwartek, 21 marca 2013

Makaron domowy


Wśród wielu wspomnień z dzieciństwa mam też takie niedzielne - obiadowe ;-) Czasy były jakie były i makarony ze sklepu niekoniecznie były tym, co chciałoby się jeść z apetytem. Moja mama i babcia robiły makaron same, a mnie zawsze się podobało w jaki sposób go kroiły: w błyskawicznym tempie odsuwały palce jednej ręki po paskach ciasta, a drugą ręką w bardzo szybkim tempie kroiły te paski. Można było odnieść wrażenie, że zsuwają nóż po palcach :-) Ja technikę wciąż doskonalę - wrogiem jest mi makaron kupowany w sklepie, który dziś może z powodzeniem zastąpić ten domowy - ale jakość... mmmm....

SKŁADNIKI

3 szklanki mąki pszennej

3 jajka

1/3 szklanki wody

Mąkę przesiewamy na stolnicę, robimy pośrodku dołek i wbijamy jajka, dolewamy wodę i zagniatamy ciasto. Jest dość twarde i wcale niełatwo je zagnieść - wymaga siły i energii więc tak naprawdę jest to świetny sposób na wyładowanie wszelkich stresów ;-) Zagniecione ciasto dzielimy na trzy części i każdą cieniutko rozwałkowujemy, a następnie odkładamy płaty, by przeschły. Teraz obeschnięte płaty musimy pokroić - najpierw na pół i nakładamy te połowy na siebie, a następnie - krojąc w drugą stronę - na trzy części i znów nakładamy je na siebie, jeszcze raz na trzy części (teraz już w tę samą stronę co poprzednio) i znów nakładamy na siebie. W ten sposób powinien Wam powstać blok ułożony z płatów ciasta o szerokości ok 5 cm - taka będzie szerokość makaronu. 




Ostrym dużym nożem odcinamy cienkie paseczki. W ten sam sposób postępujemy z każdym dużym płatem. 




Poszatkowany makaron delikatnie oprószamy mąką - by się nie posklejał - i znów pozostawiamy by trochę wysechł. 




Następnie wrzucamy partiami na wrzącą posoloną wodę i gotujemy 2 - 3 minuty w zależności od grubości makaronu. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą aż do całkowitego wystudzenia -dzięki temu makaron nie poskleja się i wypłuczecie pozostałości mąki :-)




P.S.
Podczas wałkowania nie bójcie się i śmiało podsypcie ciasto sporą ilością mąki - makaronowi to nie zaszkodzi, a płaty nie będą się przyklejały do stolnicy.
W ten sam sposób przygotowuje się też domowe tagliatelle lub łazanki.



Krupnik ryżowy na żeberkach


Jeśli jeszcze raz powie mi ktoś, że źle wyglądam, to po prostu pogryzę, a potem dopiero zacznę się nad sobą zastanawiać... ja wiem, że ostatnio nie czuję się najlepiej, że może i lekko niestandardowo wyglądam, ale jestem w stanie bez zastanowienia wymienić przynajmniej pięć przyczyn tego stanu... a jak pomyślę, to pewnie i więcej znajdę... Ale to nie jest powód, żeby prawić komuś takie "komplementy"... no proszę! A swoją drogą to chyba muszę o siebie naprawdę zadbać... badań nie robiłam chyba od urodzenia córeczki, a że wtedy wyszły nadzwyczaj dobrze, to jakoś konieczność powtórzenia ich rozeszła się po kościach... Niech już zrobi się ta wiosna i ciepło, wyjdzie słońce to i ja zacznę lepiej wyglądać... I Wam też tego życzę, bo dziś w radiu usłyszałam, że właściwie to od połowy grudnia nie było słońca, na palcach jednej ręki można wyliczyć dni, kiedy było... a więc "słoneczko nasze rozchmurz buzię"! A Was zapraszam do kuchni - na rozgrzewający krupnik :-)

SKŁADNIKI

1/2 kg surowych żeberek 

pęczek włoszczyzny (bez kapusty)

3 - 4 ziemniaki

3 listki laurowe

4 - 5 łyżek ryżu

sól, pieprz

majeranek

ok. 1,5 litra wody


Żeberka myjemy, wkładamy do garnka i zalewamy zimną wodą (dzięki temu smak dobrze się z nich wygotuje), a następnie gotujemy 30 - 40 minut. Włoszczyznę kroimy w dowolne kawałki, tak jak lubicie (ja kroję w plasterki, a selera daję w dużym kawałku). Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę. Teraz wszystkie warzywa i listki laurowe dodajemy do mięsa, solimy i gotujemy aż warzywa będą miękkie. Dodajemy ryż i gotujemy ok. 20 minut (aż ryż będzie miękki). Doprawiamy pieprzem i majerankiem. Pycha!!!



P.S.
Jeśli gotujecie zupę wcześniej, a potem ją podgrzewacie, musicie liczyć się z tym, że ryż pęcznieje w gorącym płynie i zupa będzie gęściejsza niż bezpośrednio po ugotowaniu.